|
W Tesco na przedmieściach Manchesteru zmiana asortymentu z bożonarodzeniowego na wielkanocny nastąpiła już w Nowy Rok. Na półkach pojawiły się jajka, zajączki, baranki, kurczaczki. Nasi handlowcy nie dają się zwariować. I słusznie. Byle jednak nie przespali świątecznych żniw. Producenci mówią jednym głosem: im wcześniej sklep zapozna się z ofertą i zamówi towar, tym większą ma szansę na duży zarobek. Klienci, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, wolą kupować tam, gdzie półki uginają się od smakołyków. Tak już jesteśmy skonstruowani, że im więcej produktów, tym większa chęć ich kupowania. Nic nie odstrasza bardziej, niż pustki w sklepie. Przed Wielkanocą warto skoncentrować się na tych kategoriach produktów, które mają szczególny potencjał wzrostu sprzedaży. Są to przede wszystkim: nabiał i jaja, mięso i wędliny, słodycze oraz produkty do pieczenia ciast – począwszy od mąki, poprzez bakalie, mak, różne rodzaje cukru, polewy czy aromaty, a na twarogu do serników kończąc. Zainteresowanie wielkanocnymi propozycjami producentów zaczyna się z reguły w drugiej połowie lutego. Sprzedaż w sklepach tak naprawdę rusza na 3-4 tygodnie przed świętami, choć wiele zależy od kategorii. Są grupy asortymentowe, jak np. sosy czy majonezy, które z uwagi na dłuższe terminy przydatności do spożycia, konsumenci kupują wcześniej w ramach gromadzenia świątecznych zapasów. Warto więc budować okolicznościową ekspozycję, systematycznie powiększając asortyment o kolejne produkty ze świątecznej oferty. Klient, który przekona się, że jeśli chodzi o jakość i dostępność towaru sklep go nie zawiedzie, niejednokrotnie woli właśnie w nim zrobić zakupy, zamiast jechać tam, gdzie jest trochę taniej. Detaliści przyznają jednak, że coraz trudniej konkurować im z hiper- i supermarketami. – Kilka lat temu przed świętami zamawiałam dziesięć skrzynek mandarynek i wszystkie sprzedawałam. Dziś schodzą dwie – mówi Czesława Głowacka, która prowadzi pięć sklepów w Zielonej Górze. Opowiada, że ludzie jadą do wielkich marketów, nie tyle dla oszczędności, ile z uwagi na fakt, że pracodawcy obdarowują ich bonami. – Ratuje mnie indywidualne podejście do klientów. Gdy ktoś życzy sobie np. rzeżuchę, osobiście jadę do rolnika czy na giełdę, żeby ją załatwić. Przed świętami stali bywalcy najbardziej cenią sobie fakt, że wszystkie zakupy mogą zrobić w jednym miejscu – mówi Czesława Głowacka. Zbigniew Sobolewski, właściciel sieci Carlos, skupiającej 11 marketów głównie na terenie woj. mazowieckiego, opowiada, że wyraźny wzrost sprzedaży w jego placówkach następuje w tygodniu poprzedzającym święta. Obroty rosną wtedy o około 100 proc. – Co by się nie działo, przed Wielkanocą zawsze notujemy wzrosty. Ale w tygodniu po świętach klientów jest wyraźnie mniej. Wpływy są wówczas słabsze o 20-30 proc., w stosunku do normalnego tygodnia – mówi Sobolewski. W jego placówkach sprzedaje się znacząco więcej wędlin i przetworów mięsnych, jajek, majonezu, chrzanu, alkoholu oraz gotowych ciast. – Przesadne przygotowania do Bożego Narodzenia czy Wielkanocy są ze strony detalistów nie na miejscu. Polski, tradycyjny sklep powinien zachować umiar, oprzeć się wszechobecnej komercjalizacji świąt – przekonuje Zbigniew Sobolewski. Gdy wspominam mu o „noworoczno-wielkanocnych” zającach w Tesco w Manchesterze, odpowiada: – Mam nadzieję, że u nas nikt tego nie podchwyci... (AK) Wiadomości Handlowe, Nr 2(92) Luty 2010
|