|
Za co znany satyryk chwali osiedlowe sklepiki i dlaczego w supermarketach czuje się jak robot w fabryce? Gdzie udało mu się kupić maszynkę do robienia sześciokątnych jajek, a w którym sklepie ekspedientki chciały go rozebrać? To wszystko zdradza w rozmowie z Ryszardem Makowskim. Opowiada też „spożywcze” dowcipy rodem z PRL-u. Czy nabył Pan kiedyś coś w sklepie ze śmiesznymi rzeczami?
Oczywiście. To chyba obowiązek każdego kabareciarza robić zakupy w takim sklepie (śmiech). A konkretnie, co to był za rozweselający przedmiot? Rozweselający i zadziwiający jednocześnie. Kupiłem przyrząd do robienia sześciokątnych jajek. Gotowane na twardo jajo obierało się ze skorupki póki było jeszcze ciepłe. Potem wkładało się w odpowiednią formę, dociskało, a po chwili jajko nabierało kształtu zdecydowanie innego, od tego, do którego przyzwyczaiła nas natura. Dla dorosłych jest to ciekawostka, natomiast dla dzieci – sensacja wzbudzająca niesłychane emocje. Utrzymywałem, że znam specjalną kurę, która znosi takie jajka. Dzieci dociekały, gdzie ona może być, a przede wszystkim czy uda się jej jeszcze jutro znieść takie fikuśne jajko. Tego typu sklepy słyną z dużo mniej wyrafinowanych gadżetów... Fakt. Dawno temu czołówka polskich aktorów zabawiała się przywożeniem zza granicy poduszek, które wydawały znany fizjologiczny dźwięk, gdy się na nich siadało. Podkładanie komuś tych poduszek w garderobie czy na prywatnych przyjęciach było bardzo modne. To raczej niezbyt wyszukany żart... Jeden ma dobry nastrój pod wpływem myśli Pascala, a inny rechocze, gdy ktoś wywinie orła na skórce od banana. Taki już jest świat i my go nie zmienimy. Czy robi Pan codzienne zakupy, typu chleb, mleko, masło? Jak najbardziej. Popieram osobiście osiedlowe sklepiki. Stawiam na handel z ludzką twarzą. Większość moich rozmówców tak mówi, a jednak w supermarketach są tłumy. Dlaczego? Szczerze się temu dziwię. Właśnie przez ową masówkę czuję się tam jak w fabryce, gdy już z musu czasem się wybiorę. Proces zakupów jest wręcz stechnicyzowany, a ja mam obowiązek zachowywać się jak robot. W zasadzie nawet nie robot, tylko bezwolny trybik, do tego cały czas nadzorowany. To jest już bliskie literatury science fiction. Czy zapamiętał Pan jakiś oryginalny sklep? W czasach PRL-u, gdy po raz pierwszy czy drugi udało mi się wyjechać do Anglii, wszedłem do salonu, gdzie stały Bentleye i Rolls Royce. Oniemiałem. Podobnie na Piątej Alei w Nowym Yorku u Tiffanego. Ilość wykwintnej biżuterii, a do tego ceny… Dla równowagi, w sklepie odzieżowym w Moskwie, w czasach przodującego systemu, miałem na sobie więcej atrakcyjnych rzeczy, niż było do kupienia w tym magazynie. Ekspedientki chciały odkupić moje ubranie. Ledwo się wywinąłem od rozebrania. Kolekcjonował Pan pamiątki z dalekich wojaży? Wytrwałości na dłużej mi nie wystarczało. Zebrałem ze sto kufli. Miałem też okres dzwoneczkowy. Przywoziłem je z różnych miejsc. Pewnego dnia zorientowałem się, że gdzie bym dzwoneczka nie nabył i tak wyprodukowano go w Chinach. Jest Pan encyklopedią dowcipów, może jakiś na temat handlu? Z cyklu powróćmy do tamtych lat. W czasach Edwarda Gierka krążyły żarty mrożące krew w żyłach. Przychodzi klient do mięsnego i pyta: „Jest kaszanka?”. „A krew Pan oddał?” – pyta sprzedawczyni. „Oddałem”. „To niech Pan jeszcze kaszę przyniesie”. Albo taki. W Polmozbycie gość pyta: „Jak kupić malucha?”. „Proste, wpłacisz Pan 60 000 i dokładnie za 8 lat Pan się zgłosisz”. „ Rano czy wieczorem?”. „Co za różnica?”. „Na rano mam umówionego hydraulika”. Dla młodszego pokolenia ery konsumpcyjnej te dowcipy mogą być niezrozumiałe... I całe szczęście.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Ryszard Makowski Wiadomości Handlowe, Nr 2(92) Luty 2010
|