|
Choć reklamuje proszek do prania, to sam go nie kupuje – zdaje się na żonę. Centrów handlowych unika, bo czyhają tam na niego paparazzi niezdarnie próbujący ukryć się w tłumie. Lubi gotować, choć nie zawsze wszystko idzie jak należy. Raz, pichcąc zupę, musiał nawet założyć... maskę przeciwgazową. Ryszard Makowski rozmawia ze znanym prezenterem Zygmuntem Chajzerem. Kupował Pan ostatnio proszek do prania? Domyślam się, że jest to pytanie z kluczem (śmiech). Pewnie następne będzie – czy kupiłem reklamowany przez mnie od pięciu lat Vizir? Plan był trochę inny, ale w takim razie – czy kupuje Pan Vizir? Nie kupuję. Jak to? Zakupy robi moja żona i to ona wybiera dla naszej rodziny wyłącznie Vizir. Rzeczywiście ten proszek wybiela lepiej niż pozostałe? To rewelacyjny produkt. Słyszałem o takim przypadku – żona mówi do męża: „Zobacz co potrafi ten proszek. Teraz twoja koszula wreszcie ślicznie wygląda! Jest śnieżnobiała!”. „Może być – odpowiada mąż. – Choć wolałem ją jak była zielona”. Czy reklama ma duży wpływ na zainteresowanie produktem? Zdecydowanie tak. Po każdej akcji promocyjnej obserwowany jest dwu-, a czasem i trzykrotny wzrost obrotów. Wszystkie reklamy przynoszą takie efekty, czy tylko te z Pana udziałem? Nie wiem, jak działają inne, ale spoty, w których ja biorę udział okazały się na tyle nośne, że obecnie w wersji dubbingowanej prezentowane są w kilkunastu krajach Europy Środkowowschodniej. Dostałem ostatnio płytkę do obejrzenia jak to wygląda po ukraińsku, węgiersku, litewsku, rosyjsku i w paru innych językach. Oczywiście najzabawniejsza była wersja czeska. To już prawie tradycja. A więc warto wierzyć reklamom? Pewnie nie wszystkim. Mój szczególny sceptycyzm budzą oferty dotyczące usług finansowych. Czasem są chyba zaprawione zbytnią euforią. Pod ich wpływem klient banku nie zawsze doczyta coś, co jest podane na samym dole drobną czcionką, a w konsekwencji okazuje się decydującym punktem umowy. I nagle czar pryska, a wspaniałe oprocentowanie okazuje się o połowę niższe, zaś raty wcale nie takie korzystne. Jak często bywa Pan w wielkich centrach handlowych jako klient? Zdarza mi się okazjonalnie towarzyszyć rodzinie. Niestety utrapieniem są wścibscy fotoreporterzy, którzy od razu wyrastają nie wiedzieć skąd. Starają się być niezauważeni, ale trudno nie dostrzec kilkuosobowej ekipy tropiącej człowieka od sklepu do sklepu i niezdarnie próbującej ukryć się w tłumie. Śledzą Pana paparazzi? Tak na co dzień – nie. Oni mają przeważnie cynk z miejsc publicznych. Kiedyś wychodziłem z basenu razem z wnuczkiem i już przy samochodzie cyknął mi fotkę jeden młody człowiek. Usłyszałem tylko jak mówił przez telefon z dużym rozczarowaniem: „Choroba, nie zdążyłem dojechać”. Przecież zdążył... Otóż nie, bo większą atrakcją byłoby dla niego z pewnością sfotografowanie mnie w stroju kąpielowym. Do którego z prowadzonych teleturniejów ma Pan największy sentyment? Wszystkie darzę uczuciem, bo każdy z nich stanowił część mojego życia, ale z pewnością wielkim hitem był ten pierwszy, czyli „Idź na całość”. Ponoć przebijał oglądalnością nawet „Wiadomości”. Cała Polska ekscytowała się co będzie w bramce. Do tego zasady gry były niezmiernie proste. Żadnych pytań z wiedzy ogólnej, tylko sakramentalne: „Którą bramkę wybierasz?”. I wszystko. Wcale nie było aż tak łatwo. Kusił Pan z wdziękiem uczestników, żeby zamiast bramki, w której może być samochód, ale nie musi, wzięli np. kilkaset złotych... Emocje musiały być zapewnione. W jednym z pierwszych programów zdarzyło się tak, że we wszystkich trzech bramkach organizatorzy umieścili samochody. Uczestnik zrezygnował z pierwszej, a tam auto. Zrezygnował z drugiej w przekonaniu, że musi tam być jakaś pomniejsza nagroda. Tymczasem za kotarą stał kolejny wóz. Kompletnie załamany wybrał trzecią bramkę – z trzecim autem i to najlepszym. Z kolei w „Grasz czy nie grasz”, gdzie do wyboru były walizki z pieniędzmi, od 1 grosza do 1 miliona, uczestnik trzymał już walizkę z główną wygraną. Zdecydował się jednak ją wymienić. W tamtej było 250 000 zł. Oczywiście radość, krzyki i podskoki. Gdy jednak dowiedział się ile mógł mieć, zupełnie stracił humor. Pierwszy raz w życiu widziałem kogoś, kto nie cieszył się z takiej gotówki. Krążyła legenda, że w „Idź na całość”, gdy uczestnik wybierze bramkę z samochodem, to Pan go zagaduje, a samochód jest przepychany do innej bramki. Prawda czy fałsz? Ponoć nawet co drugi Polak osobiście znał kogoś z tej ekipy, która zajmuje się przepychaniem samochodów, żeby organizatorzy nie wydawali za dużo na nagrody! Podmienianie aut w bramkach było oczywiście fizycznie niemożliwe, ale jak już pójdzie w naród chwytliwa plotka, to mowy nie ma, żeby ją skutecznie zdementować. Dlatego ja również nie podejmuję się tego. Może jakaś anegdotka z trasy „Lata z Radiem”? Organizowaliśmy podczas letnich koncertów Wielkie Gotowanie. Pitrasiliśmy w specjalnym garnku 5000 litrów zupy. To naprawdę sporo. Problemem zawsze było podgrzewanie wody w tym ogromnym naczyniu. Paliło się pod nim drewnem. W Świnoujściu trafiło się nam zupełnie mokre drewno. Tak dymiło, że nie sposób było podejść do kotła. Przy nabrzeżu stał trałowiec, stanowiący jedną z atrakcji imprezy. Postanowiłem iść na całość! Wpadłem na genialny pomysł, że muszą tam być maski przeciwgazowe. Założyliśmy je i mogliśmy przyrządzić zupę. Gdy już wszystko było gotowe, zaprosiliśmy chętnych do degustacji, a tu nikt się nie kwapi. Trochę to było dziwne, bo publiczność na poprzednich koncertach przepychała się do kotła niemiłosiernie. Okazuje się, że powodem braku zainteresowania potencjalnych konsumentów też była plotka. Poszła fama, że nasza zupa tak cuchnie, że nie byliśmy w stanie zbliżyć się do niej bez masek przeciwgazowych. Dopiero gdy razem z Romkiem Czejarkiem skosztowaliśmy ją na scenie, zainteresowanie zdecydowanie wzrosło. Do tego stopnia, że komuś za naczynie posłużyła wanienka do mycia niemowląt. Słyszałem, że planuje Pan przepytać w „Momencie prawdy” gwiazdy naszego show-biznesu... Wiele znanych osób podkreśla jacy to oni są autentyczni i szczerzy. Mogę to sprawdzić. Myśli Pan, że znajdą się chętni? To jest dobra zabawa, a do dobrej zabawy chętni zawsze się znajdą. Dziękuję za rozmowę. Zygmunt Chajzer
Wiadomości Handlowe, Nr 4(94) Kwiecień 2010
|