|
Za co znany dziennikarz ceni dyskonty? Jak dał się naciąć na jednym z warszawskich bazarków? Dlaczego prowokacyjnie nazywa centra handlowe centrami kultury? Co zmieniłby w polskim handlu? Na te i inne pytania Kuba Strzyczkowski odpowiada w rozmowie z Ryszardem Makowskim. Jaką najcenniejszą rzecz kupił Pan w sklepie? Najdroższe rzeczy nabywałem u jubilera – biżuterię dla ukochanej. Mam taki zwyczaj, że przed gwiazdką odnawiam oświadczyny, a wtedy potrzebny jest pierścionek, najlepiej z brylantem. Stan narzeczeński ma swoje dobre strony, moja towarzyszka życia otrzymała już kilka takich pierścionków. A zakupy spożywcze? Uwielbiam je robić. W Polsce oczywiście też, ale najbardziej za granicą. W rejsach po Morzu Śródziemnym, na które wypływamy razem ze znajomymi, jestem kucharzem i do mnie należy wyżywienie załogi. Gdy zawijamy do portu, od razu ruszam w poszukiwaniu produktów potrzebnych do upichcenia czegoś smacznego. Szczególnie interesują mnie przyprawy. Ostatnio odkryłem taką o orientalnej nazwie Harissa Marokańska. Jest to arabska mieszanka chilli, mięty, czosnku i czegoś tam jeszcze. Rewelacyjnie poprawia smak mięsa. Tylko trzeba uważać z dawkowaniem, bo mocna jest niebywale.
Ma Pan ulubiony sklep? Przekonałem się ostatnio do dyskontów, typu Biedronka. Kiedyś patrzyłem na nie sceptycznie, a teraz coraz częściej korzystam z ich oferty. Jest tam rzeczywiście tanio, a towar mają dobrej jakości.
Bywa Pan na bazarkach? Oj, tak. Ich atmosfera bardzo mi odpowiada, z tym że trzeba uważać co się kupuje. Przy Hali Mirowskiej co najmniej dwa razy dałem się zwyczajnie naciąć. Radość z nabycia mięsa w dobrej cenie była krótkotrwała. Raz polędwica wołowa okazał się polędwicą wieprzową, a drugi raz baranina okazała się cielęciną. Owa „cielęcina” była sprytnie posmarowana łojem baranim, więc o przypadkowej pomyłce mowy nie ma.
Nie uważa Pan, że ludzie spędzają godziny w centrach handlowych czasem zwyczajnie z nudów? Można takie zjawisko zaobserwować, ale chyba nie ma w tym nic złego. Centrum handlowe jest też często centrum kultury. Znajduje się tam kino, czasem organizowane są występy artystyczne, można coś zjeść, wypić kawę. Poza tym ludzie chcą pobyć, choćby na pokaz, w lepszym świecie. Szczególnie w zimie możliwość spotkania się w ciepłym miejscu warta jest zachodu.
Czy Internet zastąpi kiedyś handel „z ręki do ręki”? Oby nie. Taka bezosobowa forma zakupów jest dla mnie wizją z filmów science-fiction. Lubię towar dotknąć, obejrzeć, wybrać tak „na żywca”, a nie tylko na ekranie komputera. Złapałem się na tym, że w sklepie z elektroniką zawsze szukam „swojego” pana, czyli kogoś, kto mnie wcześniej obsługiwał i może mi fachowo doradzić.
Miał Pan jakieś zabawne zdarzenie w czasie robienia sprawunków? Raczej nie. Raz sprzedawca zaoferował mi gratis jabłko.
To miłe... Tylko jak je wziąłem, zaraz zaczął nalegać żebym koniecznie załatwił mu kubek „Trójki”.
À propos „Trójki”, jest Pan mistrzem bożonarodzeniowych aukcji radiowych. Czy jest jakaś rzecz, której wylicytowanie szczególnie Pana usatysfakcjonowało? Najbardziej pamiętny był „Srebrny Niedźwiedź” Zbigniewa Preisnera z Festiwalu Filmowego w Berlinie. Na Domy Dziecka zebraliśmy tylko z tej jednej licytacji prawie 100 000 zł. Rękopis wiersza Wisławy Szymborskiej osiągnął kwotę około 40 000 zł. Interesująca była ostatnio rywalizacja słuchaczy o narty Justyny Kowalczyk. Stanęło na tym, że nabywcami zostali dwaj panowie i każdy otrzymał po jednej narcie. Czy to prawda, że dostał Pan zgodę na audycje o godzinie dwunastej z powodu problemów ze wstawaniem o wczesnej porze? Napisałem to żartobliwie na stronie internetowej i jakoś poszło w świat. Jednak prawdą jest, że wstawać zbyt rano nie lubię. No, chyba że na ryby – wtedy jestem gotów zerwać się już o piątej rano. Zdarza się nawet, że wcale się nie kładę, żeby nie zaspać.
Czy Kuba Strzyczkowski ma jakąś kolekcję, którą sukcesywnie uzupełnia? Kolekcjonuję wspomnienia i staram się dodawać wciąż nowe.
Może jakiś przykład? Ostatnio w jednej z warszawskich restauracji chcieliśmy ze znajomym coś zjeść. Kelnerka wszystko nam odradzała z kwaśną miną. Przedziwna sytuacja. Poprosiliśmy dla żartów kucharza. Przyszedł i zachowywał się podobnie: „tego nie polecam”, „to nie za świeże”, „nie radzę ryzykować”. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Wreszcie, po dłuższych pertraktacjach, kelnerka przyniosła dwa talerze, postawiała, popatrzyła na nas i wyszeptała sugestywnie: „panowie lepiej tego nie jedzą”. Zjedliśmy i żyjemy.
I o co to chodziło? Nie wiem i cały czas się zastanawiam.
A co zastanawia Pana w polskim handlu? Nie mogę zrozumieć, czemu u nas w sklepach nie stosuje się zniżek przy płatności gotówką. We Włoszech sprzedawca zaproponował mi przy zakupie nart, że jeśli wyłożę cash, to cena będzie o 5 proc. niższa. Zachęcił mnie. Może i u nas warto czegoś takiego spróbować?
Dziękuję za rozmowę.
 Kuba Strzyczkowski
Ryszard Makowski
Wiadomości Handlowe, Nr 5(95) Maj 2010
|