|
Jaka była pierwsza prawdziwa płyta, którą kupił? Dlaczego można go spotkać na zakupach zarówno w galerii handlowej, jak i na osiedlowym bazarku? Do jakich poświęceń jest zdolny dla prawdziwego chleba wileńskiego? Dlaczego w dużych sklepach lubi korzystać z kas samoobsługowych? Na te i inne pytania popularny dziennikarz muzyczny odpowiada w rozmowie z Ryszardem Makowskim. Jaka była pierwsza płyta, którą Pan kupił? To było dawno temu, w latach sześćdziesiątych. W Szadku, gdzie mieszkałem, stać się szczęśliwym posiadaczem płyty nie było łatwo. Królowały wtedy „pirackie” pocztówki z PCV, szare albo brązowe. Kto miał kiedykolwiek podłogę z tego plastiku, może obie wyobrazić estetykę owych nośników. Natomiast repertuar na nich prezentowany był światowy. Z pewnością jedną z pierwszych „prawdziwych” płyt, jakie miałem był album ABC i Haliny Frąckowiak. Była to oczywiście czarna, winylowa płyta.
A pierwszy „prawdziwy” krążek wykonawcy zagranicznego? Namiętnie wysyłałem kartki, głosując na listę „Studia Rytm”, audycji w pierwszym programie Polskiego Radia. Prowadzili ją wtedy Piotr Kaczkowski i Andrzej Turski. Biorąc udział w głosowaniu, można było otrzymać singla artysty z poza „żelaznej kurtyny”. Mnie się to udało parokrotnie. Pamiętam single Daiany Ross i Neil Diamonda. Ten ostatni z piosenką „Girl, You’ll be a Woman soon”, dla młodszego pokolenia znanej w innym wykonaniu z filmu „Pulp Fiction”. Gdy przyszedłem pracować do radia, kartki, które wysyłałem, znalazłem na honorowym miejscu. Było mi bardzo miło z tego powodu – tym bardziej że zawsze je starannie kaligrafowałem, używając kolorowych flamastrów.
Czy może Pan oszacować liczbę płyt, które Pan nabył, bądź otrzymał z racji wykonywanego zawodu? Często jestem o to pytany i najczęściej odpowiadam – 10 000, ale jest to liczba zaniżona. Jeśli mogę mówić w swoim przypadku o uzależnieniu, to właśnie jest nim kupowanie płyt. Jestem płytomanem. Kiedyś wiozłem z Chicago dwieście nowych tytułów. Celnik na Okęciu spytał mnie rubasznie – to ile płyt pan wiezie, panie Marku? Pewnie ze sto? Obaj się szczerze uśmialiśmy. On z tego, że wymyśli taki abstrakcyjny żart, a ja z zaistniałej sytuacji.
Czy miał Pan kultowy adapter „Bambino”? Był własnością moich rodziców, ale oczywiście ja z niego też korzystałem. Słuchaliśmy trochę innej muzyki. Rodzice – Ireny Santor czy Jerzego Połomskiego, a ja repertuaru uważanego przez nich za „wyjców”, czyli Czesława Niemena i Czerwonych Gitar.
Jaki jest, Pana zdaniem, najlepszy sklep muzyczny na świecie? Lubię duże sklepy, po których można myszkować godzinami. Sieć Tower Records należała do moich ulubionych. Niestety miała spore kłopoty finansowe, spowodowane piractwem internetowym i zbankrutowała w 2006 roku. Słyszałem o próbach reaktywowania sklepów tej firmy w Stanach i Kanadzie.
A w Polsce? Z pewnością wiodącą firmą jest EMPiK. Z tym że też zdarzają się im sytuacje zabawne. W dniu światowej premiery płyty Sade „Soldier of Love” w jednym ze sklepów, obwieszonym zresztą plakatami, chciałem o dziesiątej rano kupić krążek i dowiedziałem się, że płyty będą wystawione po południu, bo pan, który się tym zajmuje, przychodzi akurat na drugą zmianę. Muszę jednak pochwalić obsługę, bo widząc moją bardzo zawiedzioną minę, postarała się, żeby płyty znalazły się na półce natychmiast.
Czy Internet może doprowadzić do zniknięcia sklepów muzycznych w „realu”? Z pewnością zmiany zachodzące w handlu są kolosalne. Firmy internetowe stały się kopalnią płyt. Można w nich nabyć tytuły niedostępne w „normalnych” sklepach. Szczególne te, które nie są nowościami. Ja jednak jestem „staroczesny” – nie mylić z nowoczesnym – i wolę mieć osobisty kontakt z towarem, w tym przypadku albumem muzycznym.
A zakupy spożywcze robi Pan w dużych centrach handlowych czy raczej ma Pan jakiś ulubiony sklep? Jeśli chodzi o codzienne zakupy, to jestem demokratą. Jedne rzeczy kupuję w Galerii Mokotów, a inne na bazarku. Myślę, że obecnie większość ludzi właśnie tak postępuje. Jeśli mogę dostać avocado za 1,49, zamiast za 6 zł, to ochoczo z tego korzystam. Natomiast po chleb, wędliny czy warzywa, wolę iść do mniejszych sklepików.
Czy podczas zakupów zdarzyła się Panu jakaś zabawna historia? Jakiś czas temu w „Smyku”, gdzie jeździłem specjalnie po chleb wileński dla mojego taty, zaczęły za mną chodzić dwie młode dziewczyny. Wreszcie podeszły i jedna spytała – pan Marek? Tak – odpowiedziałem. Sierocki? – kontynuowała. – Nie, Niedźwiecki. Zmarkotniały i odeszły trochę niepocieszone.
Nie mógłbym sobie odmówić pytania o jakąś przygodę zawodową… Festiwal Sopocki w 1985 roku. Orkiestra Aleksandra Maliszewskiego gra tusz. Dwójka prowadzących koncert szykuje się do wyjścia na scenę i nagle konferansjer poczuł się chyba z przejęcia tak źle, że nie był w stanie ustać. Widząc to, jego partnerka zaczęła płakać. Wtedy reżyser Jerzy Gruza spojrzał na mnie – w takiej sytuacji ty wychodzisz prowadzić. Wpadłem w panikę. Na szczęście orkiestra grała na tyle długo, że konferansjer zdołał dojść do siebie.
A jakieś zdarzenia przed „Trójkowym” mikrofonem? Są momenty, których nie jestem sobie w stanie w żaden sposób wytłumaczyć. Siedzi naprzeciwko mnie w studio Edyta Geppert, a ja zapowiadam rozmowę z Edytą Górniak. Na szczęście Edyta Geppert jest osobą nie pozbawioną poczucia humoru. Podobnie było ostatnio: zamiast powiedzieć Roman Polański, zmieniłem reżyserowi imię i wyszedł Robert Polański. Sam tego do końca nie rozumiem.
Może ma Pan rady dla handlowców – co mogliby usprawnić w pracy sklepów? Nie znoszę kolejek przy kasach. W niektórych sklepach jest już wprowadzana samoobsługa przy płaceniu. Samemu skanuje się kod kreskowy towaru, wkłada się gdzie trzeba kartę płatniczą i po sprawie. Lubię to. Pewnie jednak niedługo zrobią się kolejki i do tych stanowisk. Widocznie handel bez kolejek jest utopią… Dziękuję za rozmowę.  Marek Niedźwiecki
Ryszard Makowski
Wiadomości Handlowe, Nr 6(96) Czerwiec 2010
|