|
– Wiedziałem, że Tiger odniesie sukces. Ale nie stało się to dzięki Wiesławowi Włodarskiemu, bo to ja jestem uosobieniem energii i siły, które składają się na tę markę – mówi Dariusz Michalczewski, mistrz świata w boksie, twarz najpopularniejszej marki napoju energetycznego w Polsce. Ile jest Tigera w Tigerze? Ta marka to ja. Z badań wynika, że ponad 90 proc. osób sięgających po wspomniany napój kojarzy go z Darkiem Michalczewskim. Żeby stworzyć znaną markę trzeba się ciężko napracować, zaryzykować i mieć szczęście. A Tiger jest rynkowym strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak ten pseudonim pasował do mojego agresywnego stylu walki, tak teraz jest idealną nazwą dla napoju energetycznego.
Jak rozpoczęła się Pana współpraca z firmą FoodCare, która produkuje ten napój? Jeszcze przed rokiem 2003, gdy FoodCare, działający wówczas jeszcze jako Gellwe, stworzył napój energetyczny łudząco podobny do Red Bulla. Tak podobny, że prędko zakazano jego produkcji. Ja w tym czasie miałem zarejestrowany w urzędzie patentowym znak Tiger, właśnie dla energetyków. Już wtedy miałem wizję takiego napoju. W 2003 r. podpisałem umowę z Gellwe, na podstawie której udzieliłem im licencji do wykorzystania znaku Tiger przy produkcji tego napoju. Nieprawda, że markę Tiger stworzył Wiesław Włodarski (prezes FoodCare – dop. red.), choć jego firma też miała wkład w sukces. Jednak to ja użyczyłem znaku towarowego, wizerunku... Zgoda, Włodarski sporo się napracował, zajął się produkcją, dystrybucją, ale za sukcesem tej marki stoją moje sukcesy, na które złożyły się lata ciężkiej pracy. Czym on ryzykował, wchodząc w ten biznes? Niczym. Najwyżej straciłby parę złotych. Ja za każdym razem, gdy wychodziłem na ring, ryzykowałem własnym zdrowiem. Gdyby nie wszystkie te walki i sukcesy na ringu marki Tiger po prostu by nie było.
O Pańskim konflikcie z producentem Tigera jest głośno od kilku miesięcy, ale już w 2008 roku skierował Pan sprawę do sądu przeciwko firmie FoodCare. Dlaczego? W pewnym momencie Włodarski próbował odciąć mnie od tej marki. Po cichu, bez mojej wiedzy zdjął mój wizerunek z puszki, zaczął podstępnie rejestrować modyfikacje mojego znaku towarowego na swoją firmę. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Szybko przejrzałem na oczy i oddałem sprawę prawnikom. W tej chwili toczą się sprawy w sądzie oraz przed urzędem patentowym. Gdy wtedy pytałem o co chodzi, Włodarski twierdził, że o niczym nie wie. Zwalał winę na swoich pracowników. A potem podsunął mi do podpisania nową umowę. Gdybym ją podpisał, pozbawiłbym się praw do marki. Biznes jest wtedy, jak dwie strony są zadowolone. A tu druga strona próbuje mnie oszukać.
Ile warta jest marka Tiger? Szacuję, że około 300 mln zł. Skąd to wiadomo? Zgłaszają się do mnie firmy, które, słysząc o konflikcie, chcą ją ode mnie odkupić i właśnie tyle są skłonne zapłacić. Prowadzę takie rozmowy. Co to za firmy? Polscy i zagraniczni producenci napojów. Jeśli nie dojdę do porozumienia z FoodCare, niewykluczone, że sprzedam markę lub odstąpię licencję na produkcję napoju. Na razie nie mogę tego zrobić, gdyż wiąże mnie umowa. Nie rozwiążę jej z dnia na dzień, bo jestem graczem z zasadami.
Wykorzystując popularność Roberta Kubicy, FoodCare próbuje teraz spopularyzować nową markę n-gine. Nie boi się Pan, że szybko prześcignie ona Tigera? Na półce jest dziś tłok, więc rozbujać sprzedaż n-gine nie będzie łatwo. Wielkie koncerny mają ogromne pieniądze, świetną dystrybucję, a ich udziały w rynku napojów energetycznych są na poziomie kilku procent. Tymczasem Tiger zdobył ponad 40 proc. N-gine z pewnością nie powtórzy tego sukcesu. Jakiś czas temu Wiesław Włodarski odgrażał się, że jeśli nie wycofam sprawy z sądu, to on wprowadzi na rynek nowy napój energetyczny i drastycznie podwyższy cenę Tigera. W 2009 roku były już trzy podwyżki, a w bieżącym – jedna. O tym, że FoodCare wypuszcza n-gine dowiedziałem się z prasy. Jako partner biznesowy nie byłem o niczym informowany. Nie wiem, jaką strategię rozwoju dla obu marek przygotował FoodCare. Nie wykluczam, że nowy brand ma rosnąć kosztem Tigera.
A może boli Pana, że Kubica jest na fali, a Pan swoją karierę sportową zakończył? Robert to fajny chłopak, uprawia trudny, ryzykowny sport. Życzę mu wszystkiego najlepszego. Dla mnie taka postać jak on w Formule 1 to narodowa chluba. Nie traktuję go w kategoriach konkurenta, nie podchodzę do tematu osobiście. Ale proszę pamiętać, że kontrakt Kubicy z FoodCare jest inny. On reklamuje n-gine, a ja jestem właścicielem znaku Tiger.
Większość zysków ze sprzedaży tego napoju, przekazuje Pan na Fundację Równe Szanse. Czym się ona zajmuje? Przede wszystkim pomagamy młodym sportowcom, szkolimy trenerów. Organizujemy obozy, zimowiska i kolonie sportowe. W tym roku ufundowaliśmy np. 30 stypendiów po 500 zł miesięcznie dla najbardziej potrzebujących podopiecznych. Takie wsparcie jest bardzo ważne. Kiedyś we mnie też zainwestował mój trener, gdy zaczynałem uprawiać boks. Dzięki temu później zostałem mistrzem świata. Pieniądze, które mi dawał, miały dla mnie większe znaczenie niż miliony, które później zarobiłem na ringu. Dzięki kieszonkowemu mogłem sobie kupić sweter „szetland” czy spodnie Montana. Nie musiałem kraść, jak niektórzy. Dla kilkunastoletniego chłopaka takie wsparcie jest bardzo istotne. Miałem szczęście do ludzi, którzy pomogli mi odnieść sukces. Miałem nauczycielkę, panią Baranowską, która nieoficjalnie zwalniała mnie na treningi. To była taka nasza cicha umowa.
Dopuszcza Pan myśl, że – jeśli nie dojdzie do porozumienia z prezesem FoodCare – Tiger zniknie z rynku lub stanie się z nim to, co z Frugo? Dziesięć lat temu była to świetna marka, a dziś mało kto pamięta, że istniały takie napoje… Żałowałbym, gdyby to samo stało się z Tigerem. Zrobię wszystko, aby pozostał liderem. Nie chodzi wcale o moje profity, bo mam dochody z innych źródeł. Trochę pieniędzy mniej, czy więcej, naprawdę niewiele zmieni w moim życiu. I tak nie zjem na obiad więcej kotletów niż trzy. Ja po prostu chcę grać fair. Mam nadzieję, że jeśli nie dojdę do porozumienia, kto inny przejmie produkcję.
Zmieńmy temat. Lubi Pan chodzić na zakupy? Nie lubię, ale jak już jestem w sklepie, to mi się podoba. Najczęściej z Basią, moją żoną, kupujemy w Bomi, bo akurat sklep tej sieci działa obok naszego domu w Gdańsku. Zwykle wychodzę stamtąd najedzony, bo tu spróbuję kapusty kiszonej, tam ogórka, a rocznemu Darkowi, który jest moim najmłodszym synem, daję w rękę bułkę... Już tak mam, że na zakupach momentalnie robię się głodny. Można powiedzieć, że w Bomi najadam się za darmo (śmiech).
Co Pana denerwuje na zakupach? Jak ludzie fochy strzelają. Nie sprzedawczynie, a klienci. Wystarczy, że niechcący kogoś wózkiem najadę i jest wielki lament. Mówię wtedy do takiej osoby, żeby otworzyła sklep tylko dla siebie, skoro jest nadwrażliwa. Bo przecież nikogo specjalnie nie popycham. Mam szacunek do sprzedawczyń, dziewczyny starają się jak mogą, a roboty mają mnóstwo. Po spożywkę najczęściej idziemy do delikatesów, ponieważ tam wszystko jest pod ręką. Rzadko kupuję w innych miejscach. W hipermarkecie byłem może raz.
Co można znaleźć w Pana koszyku? Dużo nabiału: jogurty, kefiry, twarożki typu cottage cheese, które jadam z siekaną rzodkiewką. Uwielbiam też puddingi, piję Actimel. Kocham sery twarde, zawsze najlepsze kupuję. Kiełbasy w ogóle nie jem, przepadam za to za pasztetową z musztardą, smalcem ze skwarkami czy za salcesonem. A na dziale rybnym kupuję kawior. Moje ulubione pieczywo to ciemny chleb z ziarnami.
Ostatnio odbyło się kilka znaczących walk z udziałem polskich bokserów. Którą uważa Pan za najciekawszą? Na najwyższym poziomie był pojedynek Tomka Adamka z Arreolą. Bo gdy walczył Albert (Sosnowski – dop. red.), to Kliczko mógł mu doładować jak chciał – z każdej strony. Dziękuję za rozmowę.
Anna Krężlewicz Wiadomości Handlowe, Nr 7(97) Lipiec 2010
|