|
Znaną modelkę dość często spotkać można w dużych galeriach handlowych, po produkty spożywcze chodzi jednak na bazarek. Odwiedza zawsze tę samą budkę. Jest dobrą klientką, bo nigdy się nie targuje. Po prostu nie potrafi. W polskim handlu bulwersują ją sklepy z tzw. dopalaczami, chętnie ograniczyłaby też liczbę punktów handlujących alkoholem. Gdzie na świecie są najbardziej eleganckie sklepy? Nie wiem.
Przecież przejechała Pani prawie cały świat… No tak, ale albo pracowałam, albo wolałam zwiedzać niż buszować wśród regałów. Jak ktoś jest modelką, to nie znaczy, że ma aż takiego fioła, żeby w kółko latać i kupować ciuchy.
To nic Pani nie wie o sklepach za granicą? Trochę wiem. Z pewnością najlepiej i najtaniej jest w Stanach Zjednoczonych. Dobre zakupy można też zrobić w Monachium, Paryżu czy Barcelonie. Pewnie wszędzie na świecie znajdzie się jakiś elegancki butik albo okazjonalna wyprzedaż.
A w Polsce? Tutaj kupuję najwięcej, bo uważam, że trzeba popierać rodzimy handel. W Polsce nawet czasem wpadam w zakupoholizm.
Brzmi poważnie. Najbardziej odpowiadają mi centra handlowe. Tu mam wszystko w pigułce, a szczególnie cenię sobie dodatki. Czasem, na przykład, śpieszę się na ważne spotkanie, a nie zdążyłam pojechać do domu i przebrać się odpowiednio do okazji – wtedy dokupuję choćby apaszkę, która dodaje szyku i zmienia charakter stroju.
Które galerie należą do Pani ulubionych? W Warszawie – Galeria Mokotów i Promenada. W Łodzi – Manufaktura. W Poznaniu – Stary Browar.
Który pokaz najbardziej utkwił Pani w pamięci, bądź był najbardziej znaczący w karierze? Pierwszy i ostatni.
To może zacznijmy od pierwszego… Był 1994 rok. Pokaz organizowała Moda Polska i Jerzy Antkowiak. Kosztowało mnie to jako debiutantkę sporo nerwów. Nie było próby i tylko po szmatkach na tablicy wyjść orientowałam się kiedy muszę pojawić się na wybiegu.
Po szmatkach? Na tablicy są szmatki odpowiadające materiałowi, z którego zrobiona jest kreacja, ułożone w odpowiedniej kolejności. Do tego był fryzjer, ale nie było makijażystki, a starsze koleżanki z branży ostentacyjnie nie chciały pomóc, ani nic doradzić nowej. Na szczęście ten pierwszy pokaz był dużym sukcesem i otworzył mi drogę do kariery modelki. Zwrócił bowiem na mnie uwagę szef znanej agencji Model Plus.
A ostatni pokaz? Agaty Wojtkiewicz na Polskich Targach Mody w Łodzi w maju. Było to moje pierwsze publiczne pokazanie się po opisywanych dosyć dokładnie przez kolorową prasę perypetiach za kierownicą. Wszyscy oczekiwali, żeby zobaczyć, w jakiej jestem formie i czy dałam radę się pozbierać. Wyszło świetnie. Zebrałam masę gratulacji i poczułam się tak, jakbym dostała nowe życie.
Czy modelki chodzą na co dzień w strojach, które reklamują na wybiegu? Absolutnie nie. Nie dostajemy tych rzeczy. Są one własnością projektanta albo agencji i najczęściej używa się ich w następnych pokazach. Podobnie jak w teatrze – wychodzi się na scenę, odgrywa rolę, a potem strój wędruje do garderoby.
Czy korzysta Pani z usług renomowanych projektantów? Jak najbardziej. Lubię polskich projektantów. Chętnie korzystam z oferty salonu Paprocki&Brzozowski. Szyje dla mnie też Łukasz Jemioł. Ostatnio na pokazie Macieja Zienia byłam w kreacji Paprocki&Brzozowski.
To tak wypada! Lubię trochę prowokować. Trzeba czasem zrobić wrażenie. Następnym razem być może postąpię odwrotnie.
Kto jest najlepszym projektantem mody na świecie? Donna Karan, Prada i pewnie Valentino. Niestety nie mam ich oryginalnych rzeczy, bo ceny są kosmiczne. Gdybym zdecydowała się jako początkująca modelka wyjechać za granicę, być może uczestniczyłabym w pokazach tych marek. Postanowiłam jednak brać udział w pierwszym polskim znaczącym talk-show „Na każdy temat”.
Nie lepiej było wyjechać? Nie. Gdybym miała jeszcze raz wybierać, postąpiłabym dokładnie tak samo. Moja działalność zawodowa jest dość rozległa. Prowadzę firmę Felicjańska Media, a także fundację Niezapominajka.
Czy targowanie się jest w dobrym tonie? Zupełnie nie umiem się targować. Krępuję się i zwyczajnie nie potrafię. Nawet na orientalnych bazarach, gdzie nie wypada nie domagać się obniżki ceny, wychodzi mi to mizernie.
Robi Pani zakupy codzienne? Oczywiście. Chodzę na bazarek. Mam tylko wyrzuty sumienia, że zawsze kupuję w jednej budce. Już tyle razy sobie obiecywałam, że pójdę także do innych, a potem idę do tej co zawsze.
Czy miała Pani jakąś śmieszną sytuację podczas zakupów? Typowego gagu, który dałoby się wykorzystać w komedii, raczej nie miałam. Zazwyczaj podczas szukania nowych ubrań w sklepie, zdejmuję kurtkę. Kiedyś odwiesiłam ją odruchowo na pobliski stojak. Za chwilę spostrzegłam ze zdumieniem, że jakaś pani ją przymierza. To samo miałam raz z butami.
A w życiu zawodowym? Historii rozbawiających do łez nie pamiętam, natomiast byłam świadkiem jak jedna z modelek nie zauważyła, że skończył się wybieg i wylądowała w ramionach publiczności. To była klasyczna sytuacja. Szła z podniesioną głową, pewna siebie, uśmiechnięta, podziwiana i nagle bach... Wszystko się jednak dobrze skończyło.
Co zmieniłaby Pani w polskim handlu? Jako mama dwóch synów – dziewięcioletniego Macieja i siedmioletniego Adama – z przerażeniem patrzę na legalną sprzedaż dopalaczy. Niby są to formy kolekcjonerskie i produkt ma etykietkę – „nie nadaje się do spożycia”, ale młodzież z tego korzysta w celu odurzania się, a państwo przymyka oko. Alkohol też jest u nas za bardzo dostępny. Na świecie są godziny, gdy nie jest wcale sprzedawany, u nas non stop.
Dziękuję za rozmowę.
Ryszard Makowski Wiadomości Handlowe, Nr 7(97) Lipiec 2010
|