|
Woda pochłonęła dom, magazyn i zatowarowany po brzegi sklep. Ubezpieczeni byli, ale od kradzieży, bo nie przypuszczali, że odległa o trzy i pół kilometra rzeka zabierze dorobek ich życia. – Mieliśmy świetnie prosperujący supermarket, a teraz jesteśmy bankrutami – płacze Monika Lejwoda, detalistka z Wilkowa, gminy, która podczas tegorocznej powodzi ucierpiała najbardziej.
Wał pękł 21 maja około godz.16. Zaraz potem woda wdarła się do domu. Monika Lejwoda z dwójką dzieci (6 i 14 lat) uciekała przez balkon z pięterka. Ewakuowali się w ostatniej chwili, gdy woda zalewała już schody. W tym samym czasie żywioł pustoszył sklep, który Lejwodowie wybudowali na swoim podwórku. Fala wywróciła lady, chłodziarki i stojaki, połamała regały, zmiotła towar z półek. Na zdjęciach, które obiegły prasę (pokazał je nawet dziennik Polonii amerykańskiej) widać Jacka Lejwodę na tle kompletnie zrujnowanej placówki. – To, na co pracowaliśmy całe lata, popłynęło w jednej chwili. Straciliśmy 350 000 zł netto w towarze i 200 000 zł w wyposażeniu. Zdążyliśmy wywieźć jedynie dwie kasy fiskalne, komputer i czytniki. Nic poza tym nie udało się uratować – Monice Lejwodzie łamie się głos. Półtora miesiąca po powodzi nadal mieszka z dziećmi u właścicielki szklarni, od której sklep kupował pomidory i ogórki. W odruchu dobrego serca kobieta sama zaproponowała pomoc. Mąż pani Moniki został przy tym, co zostało z ich domu. I wcale nie chodzi o pilnowanie dobytku. Tam już nie ma czego pilnować.
Potrzebna pomoc Zbiórkę datków dla rodziny powodzian zorganizowano w trakcie ostatniego zjazdu franczyzobiorców sieci Euro Sklep, w ramach której działa placówka, oraz uczestników Targów i Konferencji Handlowej, która odbyła się w czerwcu w Szczyrku. Pomoc zaoferowało kilka współpracujących z detalistami hurtowni, m.in. Tradis w Puławach. Kierownik tej ostatniej osobiście zakasał rękawy i pomagał uprzątać szlam, gdy po trzech tygodniach w końcu odeszła woda. Do pomocy włączyli się, całkiem bezinteresownie, pracownicy hurtowni Otto z Ostrowca Świętokrzyskiego. Przyjechał też kierownik hali Makro w Lublinie, który po zapoznaniu się z rozmiarem strat, zaoferował pomoc w zatowarowaniu placówki. Ale budynek wymaga najpierw osuszenia. Te wszystkie gesty są dla państwa Lejwodów bardzo ważne, lecz, by stanąć na nogi, potrzebują więcej dobrych ludzi na swej drodze. Dlatego, wierząc w kupiecką solidarność, podajemy kontakt do przedstawiciela sieci Euro Sklep, który zajmuje się koordynacją pomocy dla małżeństwa detalistów z Wilkowa. Apelujemy o choć najskromniejsze datki.
Nie było nigdy takiej wody Do swojego biznesu Lejwodowie dochodzili jak tysiące innych polskich detalistów – małymi krokami. W latach 90. otworzyli sklepik, który potem rozbudowali do 130 mkw. W maju 2009 roku uruchomili supermarket o powierzchni sprzedaży 400 mkw. Z dwiema kasami, dziewięcioosobową ekipą pracowników, świetnie zaopatrzonym stoiskiem mięsno-wędliniarskim, rozbudowaną częścią przemysłowo-chemiczną i miesięcznymi obrotami na poziomie 400 000 zł. – Niektórzy pukali się w czoło, słysząc, że otwieramy tak duży sklep na wsi, ale chcieliśmy mieć market z prawdziwego zdarzenia. Przedstawiciele handlowi przyjeżdżali, żeby na własne oczy zobaczyć, że w małym Wilkowie działa taka placówka. A my co zarobiliśmy, z miejsca inwestowaliśmy. Dlatego teraz nie mamy żadnych oszczędności – tłumaczy Monika Lejwoda. Od powodzi dobytku nie ubezpieczyli. Wydawało się, że nie trzeba, bo do rzeki mają dość daleko. Zresztą nikt wcześniej nie widział tu takiej wody. Ubezpieczyli za to towar od kradzieży na 50 000 zł. Mieli też częściowo ubezpieczone wyposażenie placówki. Dzięki temu, że ocalał system komputerowy, łatwo było podliczyć straty przed wystąpieniem do ubezpieczyciela. Inaczej byłaby z tym masa zachodu, a na odszkodowanie czekaliby miesiącami.
Przyzwoici ludzie i bezwzględny ZUS W Euro Sklepie zapewniają, że Lejwodowie to solidni przedsiębiorcy. – Uczciwi, zaangażowani w pracę kupcy. Bardzo skromni, typ ludzi, którzy krępują się o cokolwiek poprosić – mówi Maria Kręcina, prezes sieci. Od państwa dostali 6000 zł standardowej zapomogi przysługującej powodzianom. 2500 zł z tej sumy od razu poszło na składki zdrowotne (Lejwodów i pozostających na bezpłatnym urlopie pracowników), bo ZUS zagroził, że jak nie zapłacą, to nie odroczy pozostałych składek. Z urzędu gminy, do którego odprowadzali wysokie podatki (za samo zezwolenie na sprzedaż alkoholu 10 000 zł rocznie, drugie tyle podatku od nieruchomości), nikt nawet do nich nie zadzwonił. W sumie najprzyzwoiciej zachował się urząd skarbowy, który nie zażądał podatku od udzielonej pomocy.
Bezduszni hurtownicy Natomiast nie dają o sobie zapomnieć niektórzy hurtownicy: codziennie przysyłają kolejne wezwania do zapłaty za towar. Zrozpaczona Monika Lejwoda składa te wezwania na kupkę. Nie ma z czego zapłacić, towar popłynął przecież w powodzi. – Niektóre hurtownie grożą, że jak nie uregulujemy należności, to po siedmiu dniach zgłoszą nas do Krajowego Rejestru Długów. A my przecież nigdy nikomu nie zalegaliśmy z opłatami. To chyba kara za to, że dbaliśmy o to, by w sklepie było zawsze dużo towaru – płacze detalistka. Kwituje gorzko, że gdy sklep prosperował, przedstawiciele handlowi hurtowni wpadali regularnie, i po zamówienia, i na pogaduszki. Dziś niektórzy z nich omijają Lejwodów, jakby wcale ich nie znali...
Nie zostały nawet zdjęcia I ona, i mąż, są nadal w szoku po tym, co ich spotkało. Jeszcze nie wiedzą, czy uda się odbudować sklep, czy mają dość sił, by się tego podjąć. Rzeczywistość ich przeraża. – Nie wyobrażam sobie brać kolejny towar na kredyt, skoro mam długi do spłacenia. Zadłużać się można, jak ma się czyste konto – mówi kobieta i trudno nie przyznać jej racji. Ale żeby czteroosobowa rodzina miała z czego się utrzymać, muszą prędko coś postanowić. Także po to, by nie posypać się psychicznie. Na szczęście udało się załatwić kolonie dla dzieci. Pojechały na wypoczynek do Olsztyna. – Nie zostawimy tych ludzi samych sobie z ich problemem. Oprócz pomocy finansowej, pomożemy im odnowić i uruchomić sklep. Producenci już zaoferowali, że zatowarują tę placówkę na preferencyjnych warunkach – zapewnia Maria Kręcina. Monika Lejwoda żałuje, że przed kataklizmem nie zrobiła zdjęć swojego pięknego, wyłożonego drewnianą boazerią, sklepu. – Jakoś nie było okazji, zawsze była praca, praca... Przynajmniej miałabym pamiątkę. A tak nie mam nic.  Sklep Moniki i Jacka Lejwodów o sali sprzedaży 400 mkw. był największy w Wilkowie. Małżeństwo uruchomiło go w maju 2009 roku.
Pomóżmy rodzinie Lejwodów! Wszystkie osoby, które zechcą wesprzeć Monikę i Jacka Lejwodów, proszone są o kontakt z Ryszardem Grabowcem, dyrektorem regionu w sieci Euro Sklep, tel. kom. 516 011 482, e-mail:
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Anna Krężlewicz
Wiadomości Handlowe, Nr 7(97) Lipiec 2010
|