|
Postanowiliśmy skorzystać ze zdobyczy techniki XXI wieku i zdecydowaliśmy się na skomputeryzowanie sklepu. Zakupiliśmy piękne, nowe kasy fiskalne, czytniki kodów kreskowych, sprawdzarkę cen, no i, oczywiście, odpowiednie oprogramowanie. Myślałam, że wszystkie te urządzenia usprawnią funkcjonowanie sklepu. Nie spodziewałam się jednak, że od momentu wdrożenia systemu tak ważną rolę w moim życiu będzie odgrywał Pan Informatyk. Szkolenie, które miało na celu wyjaśnić nam, w jaki sposób posługiwać się programem, trwało zaledwie dwadzieścia minut. Doszłam jednak do wniosku, że jeśli tak wspaniale radzę sobie z poruszaniem się po Naszej Klasie i Allegro, to obsługa PC-Marketu nie powinna przysporzyć mi większych trudności. Kto pracował na tym bądź podobnym programie już wie, jak bardzo się myliłam… W erze przedinformatycznej w naszym sklepie wszystko było proste i logiczne. Dostawca przywoził towar, a my braliśmy fakturę i do ceny brutto doliczaliśmy odpowiednią marżę. Potem w ruch szła metkownica. Problem pojawiał się, gdy ktoś chciał kupić ostatnią sztukę słabo rotującego produktu, od którego na nieszczęście odpadła metka, a w stosie faktur nie sposób było go znaleźć, by od nowa naliczyć cenę. No, a przecież klient nie będzie czekał w nieskończoność! Zdarzało się też np., że jakiś towar schodził, a my nie wyłapaliśmy jego braku. Nie zamówiliśmy go do czasu, gdy jakiś klient się o niego nie spytał. Nowy system rozwiązał te problemy. Uzyskaliśmy dostęp do ogromnej wiedzy na temat historii każdego produktu w sklepie. Możemy np. sprawdzić, jakie rodzaje wędlin sprzedawały nam się najlepiej w ciągu miesiąca. Dzięki temu wiemy, których artykułów zamawiać więcej, a z których zrezygnować. Przyznam szczerze, że popularność niektórych produktów całkowicie mnie zaskoczyła. Etopiryna i miętowe cukierki z Goplany sprzedają się w zawrotnym tempie! Oprogramowanie komputerowe ułatwiło nam także podejmowanie decyzji związanych z kupowaniem towarów u różnych dostawców. Teraz, gdy przychodzi przedstawiciel z „superofertą”, ja szybko sprawdzam cenę, w jakiej kupowaliśmy ten produkt w innych firmach. Już nieraz okazało się, że „superoferta” wcale nie była taka super i przedstawiciel zmuszony był ją jeszcze bardziej uatrakcyjnić, jeśli chciał od nas uzyskać zamówienie. Jak to w życiu, poza wieloma plusami unowocześniania sprzedaży, jest też sporo minusów, które dały o sobie znać. Tak stało się pewnej pięknej soboty. Mieliśmy w sklepie spory ruch, duże kolejki, a tu nagle kasy, jedna po drugiej, odmawiają posłuszeństwa. Nie można nic sprzedać! Wyskoczył komunikat o jakimś przepełnieniu bufora, a że kompletnie nie wiedzieliśmy, co on oznacza, zadzwoniliśmy do serwisanta systemu. Ten, niestety, był wtedy na zakrapianej alkoholem imprezie rodzinnej i choć obiecał przyjechać za pół godziny, nie pojawił się i więcej już nie odebrał telefonu. Jednym słowem, katastrofa! Obdzwoniłam szybko znajomych, a nawet dalszą konkurencję i dostałam namiar na całkiem kompetentnego informatyka, który mieszkał daleko, bo trzysta kilometrów od nas. Na szczęście udało mu się rozwiązać problem przez telefon. No, ale przez prawie dwie godziny mieliśmy awarię! Od tego czasu wydzwaniam do niego średnio raz w tygodniu z mniej lub bardziej poważnymi sprawami. Bo mam np. brak połączenia z kasami, bo zawiesił się komputer lub jakiś produkt nie chce wybić się na kasie itd., itp. Mam dziwne wrażenie, że te telefony szybko się nie skończą…
Patrycja
Masz pytanie do autorki? Pisz:
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Wiadomości Handlowe, Nr 8 - 9(98) Sierpień - Wrzesień 2010
|