|
Przy stosunkowo niewielkim ruchu, jaki panował w gdyńskim Bomi we wtorkowe popołudnie, klientów obsługiwało aż pięć kasjerek, co pozwoliło praktycznie wyeliminować kolejki. A same zakupy to czysta przyjemność. Jednym słowem: delikatesy w każdym calu. Zanim klient dotrze do gdyńskiego Bomi, musi przejść przez pasaż CH Klif i butiki z zegarkami po 15 000 zł za sztukę, czy z butami po 1500 zł za parę. W tym miejscu zwykły supermarket nie miałby racji bytu. Ale o Bomi nie można powiedzieć „zwykły supermarket”. To delikatesy z prawdziwego zdarzenia. Pierwsze wrażenie: dużo miejsca między regałami, można swobodnie robić zakupy. Podłogę wyłożono kremowo-białymi płytami, imitującymi marmur (a może z prawdziwego marmuru?). Wygląda to bardzo elegancko i w sklepie jest jasno. Z poprzedniej edycji konkursu Market Roku pamiętamy pewien sklep, w którym podłoga była betonowa. Efekty był taki, że hala sprzedaży niewiele różniła się od zaplecza... W Bomi wiedzą, że posadzka, meble i oświetlenie kreują atmosferę robienia zakupów. Na tym troska personelu o porządek w sklepie się nie kończy. Towary na regałach ułożone są tu pod linijkę. Dosłownie. Widać dbałość o każdy milimetr ekspozycji. Znalazłem też oczywiście miejsca, gdzie klient narobił nieco bałaganu, a pracownik nie zdążył jeszcze ustawić towaru na baczność. Ale to tylko wyjątki. Światłem w jaja
Wszystkie stoiska są dobrze zaopatrzone. Dobrze w przypadku placówki, która chce uchodzić za delikatesy, oznacza, że jest tu wszystko, co można dostać w przeciętnym sklepie plus oferta ponadstandardowa. Dla przykładu, na stoisku z piwem klient znajdzie produkty z Włoch, Irlandii, Danii, Francji oraz oczywiście z Czech i Niemiec. Nie licząc piwa polskiego. Mleko smakowe dla dzieci, czyli kategoria, która w Polsce nie cieszy się zbyt dużą popularnością, w Bomi występuje w kilku wariantach, reprezentowanych przez kilka marek. Może to świadczyć o tym, że sklep stara się zaspokoić potrzeby naprawdę wszystkich klientów. Nawet stoisko z jajkami, które zazwyczaj nie prezentuje się zbyt zachęcająco, w Bomi wygląda schludnie (co także jest zasługą odpowiedniego oświetlenia). W ofercie znalazłem również bogatą paletę kaw i herbat (kierowniczka i tak chce ją powiększyć), a także mięs i wędlin, sałatek oraz dań gotowych. Trochę gorzej z rybami.
Klient prowadzony za rękę
Sklep jest doskonale zorganizowany. Weryfikatory cen widać z daleka, bo filary, na których je zainstalowano wyróżniono stosownym napisem i znakiem graficznym. W kilku miejscach towar jest wystawiony w opakowaniach zbiorczych. Zrobiono to jednak tak zręcznie, że delikatesowy charakter sali sprzedaży nie ucierpiał. Orientację w sklepie ułatwiają tablice zawieszone pod sufitem. Informują nie tylko o tym, że w danym dziale są „produkty świeże”, ale mówią konkretnie: „mleko”, „płatki śniadaniowe”, „ryże, makarony”, „oliwy, octy” itd. Pośrodku marketu zorganizowano dla klientów miejsce odpoczynku, wyposażone w dwie skórzane sofy, stoliczki, automat do kawy, a nawet zlewozmywak. Sklep organizuje tu także sezonowe wystawy. W czasie naszej wizyty były to produkty do grilla.
Po co te nerwy… Jedyne zastrzeżenie, jakie można mieć do funkcjonowania gdyńskiego Bomi, dotyczy personelu. Ekspedientki kłóciły się między sobą w obecności klientów... – Problemy z personelem biorą się stąd, że mamy sezon urlopowy i brakuje ludzi do pracy. Pracownicy czasem wykorzystują sytuację, że kierownictwa nie ma w sklepie. Panie doskonale wiedzą, że nie mogą rozmawiać na tematy prywatne w obecności klientów. Ta sytuacja nie powinna mieć miejsca. Staramy się stale podnosić standardy obsługi – zapewnia Natalia Kosznik, kierownik delikatesów Bomi w gdyńskim Klifie.
Z piętnastoletnim stażem
Pani Natalia pracuje tu od 15 lat. Zaczynała od stanowiska sprzedawcy, później była kierownikiem stoiska, a następnie kierownikiem sali. Jak sama przyznaje, ma ogromną satysfakcję z tego, że wybrała delikatesy, a nie zwykły sklep spożywczy. – Tu przychodzi zupełnie inna klientela. Niektórzy sami nas informują, co chcieliby widzieć na półce. Wystarczy głos jednej osoby, żeby wciągnąć towar do oferty. Takie sytuacje zdarzają się mniej więcej dwa razy na miesiąc. Niby mało, ale przez kilkanaście lat trochę się uzbierało – mówi Natalia Kosznik. Za najważniejszą zmianę, jaka zaszła w funkcjonowaniu sklepu w ciągu kilkunastu lat, uważa wprowadzenie systemu komputerowego. – Każdy towar można łatwiej odnaleźć. Wchodzę w system i wiem, kiedy wjechał, od kogo, jaka jest jego rotacja. To znacznie ułatwia składanie zamówień – mówi kierowniczka.
Tanie wtorki, środy, czwartki
W Bomi odbywają się cykliczne promocje, jak np. tanie wtorki – kiedy o około 8-9 proc. tańsze są produkty nabiałowe. W środy analogiczny zabieg dotyczy pieczywa, w czwartki – wędlin i mięsa, a w piątki – warzyw. To ogólny pomysł na promocję dla całej sieci Bomi. Cenówki artykułów promocyjnych wyróżnione są żółtym kolorem. – Ludzie muszą wiedzieć, że choć jesteśmy delikatesami, mamy w ofercie towary w dobrych cenach. Krótko mówiąc, nie chcemy być postrzegani jako drogi sklep. Walczymy również o klienta ze średnim portfelem – tłumaczy szefowa. Delikatesy Bomi w gdyńskim Klifie odwiedza w tygodniu po 2600-2700 klientów, a w weekendy 3000 i więcej. W okresie wakacyjnym, czyli od maja to września, dochodzą także turyści. Obroty rosną wówczas o około 10 proc.  Delikatesy Bomi w gdyńskim Klifie odwiedza w tygodniu 2600-2700 klientów, a w weekendy 3000 i więcej
 Weryfikatory cen widać z daleka, bo filary, na których je zainstalowano, wyróżniono stosownym napisem i znakiem graficznym
 Na sali sprzedaży zorganizowano punkt, w którym klienci mogą odpocząć i napić się kawy
Hubert Wójcik Wiadomości Handlowe, Nr 8 - 9(98) Sierpień - Wrzesień 2010
|