23.01.2015/20:16

Anna Korcz na zakupach

Rozmowa z aktorką Anną Korcz

Lubi Pani robić zakupy?

Nie lubię. Może, gdy byłam podlotkiem… Wszystko nas wówczas rajcowało, tym bardziej że w Polsce niemal niczego nie było, pojawiało się powoli i było ekscytujące. Teraz oferta jest tak szeroka, że człowiek ma kłopoty z podjęciem decyzji, co jest dla niego najlepsze, bo niestety z jakością wciąż u nas marnie. Zresztą idzie to w parze z kulturą w niektórych sklepach. Raz próbowałam wybrać się na zakupy, by poprawić sobie humor. Po powrocie miałam większego kaca moralnego, niż przed wyjściem…

Nie sposób zatem wypatrzeć Panią w dyskoncie czy hipermarkecie?

Z wiekiem wzrastają wymagania i nie ukrywam, że poziom sklepu ma dla mnie spore znaczenie. Jestem do bólu „czyściochem” i trudno mi dogodzić. Nie dlatego, że mam muchy w nosie, ale po prostu stawiam poprzeczkę bardzo wysoko. Są sieci, które przykładają mniejszą wagę do strony estetycznej i jakości obsługi. Pomiędzy poszczególnymi sklepami doskonale widać tę różnicę.

Czego najbardziej brakuje w naszych sklepach?

Nie tylko w handlu problemem są ludzie. Najbardziej brakuje nam życzliwości i otwarcia na drugiego człowieka. Społeczeństwo jest podzielone, skłócone. I to przekłada się na wszystko – od służby zdrowia po sklepy.

Skoro nie lubi Pani chodzić na zakupy, to może rozwiązaniem jest internet?

Broń Boże! Mięso, pieczywo czy szczypiorek muszę widzieć, dotknąć, sprawdzić. O internecie nie ma mowy. Jestem „organoleptyczna” i sporo czasu upłynie, nim się zmienię.

Czy Anna Korcz studiuje dane na etykietach?

Często. Moje menu zakupowe nie jest bardzo wyrafinowane i bogate, więc gdy raz coś sprawdzę, pamiętam. I jestem temu produktowi wierna.

Dotyczy to także artykułów eko i bio, tak ostatnio popularnych?

Oczywiście, choć nie ulegam temu trendowi przesadnie – trudno mi coś wmówić czy zasugerować. Jestem osobą zdecydowaną i raczej nie ulegam jakimkolwiek modom. Przyznam, że nie do końca wierzę w te ekologiczne sklepy. Myślę, że sporo produktów, warzyw czy owoców, choć rosną gdzieś daleko poza Warszawą, zawiera jednak metale ciężkie. Sięgam jednak w takich ekosklepach po różnego rodzaju płatki i otręby.

W Pani zawód wpisany jest stres, czy jedzenie bywa sposobem na jego rozładowanie?

Wiem, że niektórzy „zajadają” stres. U mnie, na szczęście, jest odwrotnie. Gdy przychodzą najcięższe dni, zupełnie nie mam apetytu.

Na planie, gdy większość czasu to czekanie na kolejne ujęcie, je Pani własne posiłki czy raczej korzysta z filmowego cateringu?

Zdecydowanie wolę mieć coś swojego. Najtrudniej jest, gdy ruszamy w kilkudniowe trasy i przychodzi żywić się w przydrożnych zajazdach czy restauracjach, gdzie często jest po prostu brudno. Sama mam, nazywając to wielkimi słowami, biznes gastronomiczny, wiem jak wielu rzeczy trzeba pilnować i jak jest to trudne. W takich przypadkowych miejscach moja wyobraźnia działa intensywnie. Staram się więc zabierać ze sobą różnego rodzaju sałatki, chrupkie pieczywo i jakieś niekaloryczne przekąski.

Biznes, o którym Pani wspomniała, to Zacisze, ośrodek w podwarszawskim Pomiechówku. Zagląda Pani kucharzom pod pokrywki?

Nie bardzo mogę się wtrącać, jeśli chodzi o gotowanie, bo kucharka ze mnie licha. Mamy bardzo dobrych kucharzy, mogę więc tylko stwierdzić, że coś mi smakuje lub nie. Wtrącam się w to, na czym się znam, a czasem nawet tupnę nogą. Staram się pilnować czystości i porządku, choć teraz wiem, że nie zawsze wszystko się udaje i nie wszystko jest możliwe. Gdy komuś przyjdzie wydać w kwadrans obiad dla 270 gości, zda sobie sprawę z tego, o jak ciężkiej pracy fizycznej i o jak trudnym zadaniu logistycznym mówimy.

A co najchętniej jada Pani z rodziną w domu?

Uwielbiam sałaty, na bazie rukoli z awokado, pomidorami czy z pieczonym burakiem, kozim serem i orzechami. Gotuję dużo zup, bo one są najzdrowsze dla naszych zagonionych żołądków. Zawsze mamy też w domu sporo warzyw i owoców. Nie przepadam za mięsem, choć nie jestem wegetarianką. Czasem pojawi się więc schabowy, mielony czy udka w miodzie. Zrezygnowałam z kostek rosołowych i wszelkich mieszanek przypraw z glutaminianem sodu. Nie używam ich już od ponad roku i muszę przyznać, że czuję się lepiej, choć mąż czasem narzeka, domagając się „prawdziwej” pomidorowej.

podpis-pozdrowienia-wh2

Wojciech Chełchowski

Wiadomości Handlowe, Nr 1 (141), Styczeń 2015

Dodaj komentarz

1 komentarz

  • HGW 26.01.2015

    Milutka ANIU, przede wszystkim,SAMYCH POMYŚLNOŚCI, W DOBRYM ZDROWIU I HUMORZE Z UŚMIECHEM NA ŚLICZNEJ BUZI w 2015 roku,serdecznie Ci życzę. Dziękuję za piękny wywiad. Z pozdrowieniami i wyrazami szczerego szacunku, Wł.GARBOWSKI

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.