07.07.2014/22:07

Czy sprzedałbyś towar „na kreskę”?

Dwugłos młodych detalistów z różnych części Polski. Dla jednego „człowiek od przepisów ważniejszy”, drugi przekonuje, że „gra nie jest warta świeczki”.

U nas nazywa się to zakupami „na zeszyt”. Oficjalnie nie wolno tak robić, ale zdarzało się to mnie oraz moim kolegom po fachu kiedyś i zdarza się teraz – nawet całkiem często. O tej części Polski, gdzie mieszkamy i mamy sklep, mówi się od zawsze „ściana wschodnia”. Tu najtrudniej się ludziom żyje, najmniej jest pracy i największe kłopoty ze związaniem końca z końcem. Miejscowość jest mała. My się tu wszyscy znamy od pokoleń. Do starszych mówi się stryjku czy ciociu, z młodszymi chodziło się razem do szkoły. Jedni pomagali drugim od zawsze. Kiedy więc przychodzi do mnie ktoś, kogo znam, i prosi o zakupy „na zeszyt”, to jak mu nie pomóc? Jak tego nie zrobię, może mieć problem w domu, a ja, gdy pojawią się pieniądze – a wcześniej czy później przecież będą – nie zarobię. Zresztą, nie pomożesz raz, zrobisz sobie wroga na całe życie. A po co? Traktuję to po prostu jak chwilową pożyczkę. Same kwoty nie są znowu jakieś gigantyczne. Kilkanaście, w wyjątkowych przypadkach, kilkadziesiąt złotych. No i jasna sprawa, że jak ktoś ma ochotę na piwko czy coś mocniejszego, to nie ma co marzyć, że dostanie alkohol na kredyt. Wtedy poszedłbym z torbami w parę dni. Nie wszystkim daję towar „na zeszyt”. Tylko zaufanym osobom, żeby ze skarbówką problemów ktoś nie narobił. Bo przecież tak naprawdę nic złego się nie dzieje, nikogo się nie okrada, wszystko się potem w rozliczeniach zgadza. Po prostu u nas człowiek od przepisów ważniejszy. I tyle.



Jestem zdecydowanie przeciwny takiemu procederowi, bo trudno tu nawet mówić o sprzedaży. Prędzej czy później sklep otoczony byłby wianuszkiem amatorów zakupów „na kreskę”, a proszę mi wierzyć, że chętnych cały czas nie brakuje. Wystarczy zgodzić się raz. Takie informacje rozchodzą się błyskawicznie pocztą pantoflową. Obawiam się, że w pewnym momencie, a prowadzę swój sklep obok dworca kolejowego w Piotrkowie, nie byłoby szansy na normalne działanie. Druga kwestia to konieczność prowadzenia dodatkowej buchalterii. Jestem przekonany, że dość szybko pojawiłyby się problemy ze ściąganiem tych, nawet małych kwotowo, należności. No i ostatnia sprawa, także nie bez znaczenia – jest to po prostu nielegalne, ze względu na kwestie podatkowe. Niewydanie paragonu opiewającego na głupie kilka czy kilkanaście złotych może rodzić sporo niepotrzebnych problemów.

Oczywiście sytuacja teraz jest taka, że liczy się każdy grosz, ale właściciel sklepu ma prawo robić to, co uważa za stosowne. Ja, np. nie mam w ofercie alkoholu z najniższej półki. Może i tanie wina przynosiłyby korzyść finansową, ale zapewne miałbym wielu takich klientów, których mieć nie chcę. Odstraszaliby potencjalnych kupujących, na których z kolei mi zależy. To jak z budowaniem zaufania do sklepu: stracić je można w mgnieniu oka, a odzyskiwanie może trwać latami. Podobnie, jak sądzę, byłoby z prowadzeniem sprzedaży „na kreskę”. Gra nie jest warta świeczki.


Wiadomości Handlowe, Nr 6-7 (136) Czerwiec - Lipiec 2014

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.