17.09.2014/11:45

Krzysztof Skiba lubi pomacać

Wcina Pan polskie papierówki na znak protestu?

Dawno nie jadłem polskich jabłek, jak chyba wszyscy. Moje pokolenie, po latach przaśnego PRL­‑u, zachwyciło się owocami egzotycznymi. Te wszystkie ananasy, kiwi, granaty, mandarynki, pomarańcze to były za komuny owoce rzadko dostępne i, gdy można już było je bez problemu kupować, zapomnieliśmy o polskich jabłkach i gruszkach. Dawniej kompot z jabłek to była podstawa obiadowego menu. Dziś dzieciarnia pije niezdrowe napoje energetyczne. Aż wreszcie Putin przypomniał nam o jabłkach! Od czasu rosyjskiego embarga jem ich sporo i polecam wszystkim.

Takie „pospolite ruszenie” przypomina chyba nieco Pańskie akcje w trakcie stanu wojennego…

Polityczna „moda na jabłka” ma coś z happeningu. To dowcipne pokazanie swojej niezgody na arbitralne decyzje wrogich nam polityków. W rejonach przygranicznych dużo polskich jabłek kupują nawet Rosjanie z Kaliningradu, bo są lepsze i tańsze niż u nich. Podczas koncertu „Beats of Freedom” z udziałem zespołów z Rosji, Ukrainy i Polski, którego byłem ostatnio organizatorem, zrobiliśmy na scenie konkurs na zjadanie jabłek na czas. Publiczność głośno wiwatowała. To dowód na to, że nasze społeczeństwo z uśmiechem zaakceptowało taką formę sprzeciwu przeciwko przemocy.

Kiedy pada hasło, że trzeba zrobić spożywcze zakupy, rusza Pan bez gadania?

Uwielbiam robić zakupy rano przed śniadaniem w moim osiedlowym, małym sklepiku. Szybki wyskok po świeże bułki, serek i gazetę. To czynność magiczna na dobry początek dnia. Takie oswajanie rzeczywistości. Znam właściciela i bywa, że ucinam sobie z nim krótką pogawędkę. Z paniami, które sprzedają, wymieniam uprzejmości. W hipermarketach to niemożliwe, i tam nie lubię chodzić. Gdy z rodziną robię turystyczne wypady do Berlina, Rzymu czy Kopenhagi, unikamy hoteli. Mieszkamy w wynajętych apartamentach. Wyjście rano na zakupy po bułki i masełko jest jak obwąchiwanie terenu. Takie wtapianie się w koloryt miasta. Po dwóch dniach jestem już zaprzyjaźniony z okolicznymi sprzedawcami.

A gdy widzi Pan, jak obficie są dziś zaopatrzone sklepy i sięgnie pamięcią do półek z samym octem, czuje Pan satysfakcję, że się udało?

Czytałem niedawno wywiad z jakimś młodym, zbuntowanym muzykiem. Bredził coś o tym, że centra handlowe ograniczają jego wolność. Pomyślałem sobie, że wśród nas, ludzi, którzy w latach 80. za PRL­‑u siedzieli w więzieniach za czynną walkę z systemem, nikt nie wierzył w to, że takie centra handlowe w Polsce kiedykolwiek powstaną. Gdy pierwszy raz byłem na Zachodzie i zobaczyłem sklepy pełne towarów, doznałem szoku. Dziś ludziom wszystko spowszedniało, a młodzi nie pamiętają, jak było dawniej. Przez te ostatnie 25 lat, mimo potknięć i zakrętów, zrobiliśmy niesamowity skok ku nowoczesności, wolności i demokracji. Ktoś, kto tego nie dostrzega, jest po prostu nieuczciwy albo ślepy i głupi.

Od dawna trwa dyskusja, czy nie zakazać handlu w niedziele i święta. Ma sens?

Jestem za tym, żeby politycy i ideolodzy wszelkiej maści jak najmniej wtrącali się do gospodarki i stylu życia ludzi. Jeżeli komuś przeszkadza robienie zakupów w niedzielę, to może ich nie robić.

Bywa Pan w weekendy na dużych zakupach „na cały tydzień”?

Nie mam takiej możliwości, bo w weekendy zwykle jestem w trasie, poza domem. Poszedłem chyba raz. Zmuszony przez żonę. Skończyło się tym, że ustawiła się do mnie dodatkowa kolejka. Po autografy. Jestem rozpoznawany. Czasem nawet bardziej niż bym chciał. Takie sytuacje bywały także w sklepach, co zawsze jest nieco krępujące, bo rozdawanie autografów po koncercie ma sens, ale przy stoisku z nabiałem już niekoniecznie. Ale, jeżeli ktoś kulturalnie poprosi, nie odmawiam, nawet gdy ma to miejsce podczas trudnego wyboru dobrego wina przy sklepowej półce.

Jaką kuchnię Pan preferuje?

Nie będę oryginalny. Uwielbiam dobrze zrobione krewetki i sushi oraz hiszpańską szynkę serrano i iberico. To są obecnie bardzo modne przysmaki. Dawniej bardzo lubiłem włoską kuchnię, ale się już z niej wyleczyłem. Z polskich dań bardzo smakują mi tradycyjne zupy.

Świat oszalał na punkcie bycia fit.

Nigdy nie ulegałem modom, ale ten trend akurat popieram. Przez lata nauczyliśmy się jeść bardzo niezdrowo. Pamiętam z jakim uwielbieniem sam wcinałem tłuste kotlety, kabanosy i golonki. Do dziś dam się zabić za dobry ser z pleśnią i inne serowe frykasy. Warto jednak czasem zadbać o zdrowie i jeść więcej ryb, warzyw czy owoców.

Czy, koncertując z zespołem, uważacie na to, co jecie i pijecie, czy jednak rockandrollowe przyzwyczajenia biorą górę?

Jedzenie, które oferuje się nam przy okazji koncertów, to niestety na ogół karkówka lub kiełbasa z grilla. W połączeniu z whisky otrzymujemy prawdziwą bombę kaloryczną. Przez wiele lat wydawało się nam, że jest to idealne połączenie. Niestety, nasze wątroby i cholesterol są innego zdania. Staramy się więc bardziej pilnować. Nie zawsze wychodzi…

Czyta Pan etykiety produktów?

Nie czytam. Czytam Charlesa Bukowskiego, Rolanda Topora, Edgara Kereta, a także Dostojewskiego, Nabokova, Gogola, Vonneguta i wielu innych.

Czy coś ostatnio mile Pana zaskoczyło, jeśli chodzi o produkty spożywcze – odkrył Pan może jakieś nowe „niebo w gębie”?

Z artykułów, które można kupić w sklepach, sporo ciekawostek pojawiło się w ofercie producentów lodów. Przy tych upałach, które latem panowały, lody o smaku cappuccino to była rozkosz porównywalna do zagrania fajnego koncertu.

Zakupy, także spożywcze, przez internet to dziś normalność. Korzysta Pan z takiej formy kupowania?

Należę do grupy klientów zwanych „macantami”. Zanim coś kupię, lubię pomacać. Przez internet nie jest to możliwe :).



Wojciech Chełchowski

Wiadomości Handlowe, Nr 9 (138) Wrzesień 2014

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.