17.05.2014/21:05

Kupiec to wciąż „prywaciarz”

Wielu urzędników administracji publicznej wciąż uważa, że ich zadaniem jest tępe egzekwowanie przepisów. Powinni być smarem zapewniającym sprawne funkcjonowanie biznesowego silnika, a czasem są piaskiem w trybach.

Kupiec z Podkarpacia, poturbowany w potyczkach z urzędami, wylicza: – Państwo nie realizuje żadnej strategii rozwoju gospodarczego. Niektóre przepisy są niespójne i nielogiczne, a czasem wręcz szkodliwe. Polityka podatkowa służy doraźnemu łataniu budżetu państwa. Urzędnicy bywają aroganccy, a kupiec to wciąż „prywaciarz”, potencjalny oszust, w najlepszym razie dojna krowa.

Z kolei właściciel kilku sklepów z regionu łódzkiego jest ostrożnym optymistą: – To może jeszcze nie powód do euforii, ale mogę stwierdzić, że ogólne nastawienie urzędników jest mniej wrogie niż kiedyś. Przynajmniej nie dają z góry odczuć, że wszyscy przedsiębiorcy to potencjalni malwersanci. Zdarzają się i tacy, którzy potrafią pouczyć, coś doradzić. Tak jakby zaczynali rozumieć, że ich pensje wypłacane są z naszych podatków.

Kupiec ze Śląska ilustruje mechanizm zmian, opowiadając o sytuacji, gdy w jego urzędzie skarbowym, po reorganizacji, obok dotychczasowych zatrudniono grupę nowych urzędników. – Ci ze „starej szkoły” pracują po staremu. Jak mają na decyzję miesiąc, to nie wydadzą jej ani o dzień wcześniej. W każdej sprawie zasłaniają się paragrafami i procedurami. „Nowi” potrafią być pomocni, uprzejmi, czasem nawet życzliwi. Pewnego razu spytałem „nową” urzędniczkę, kiedy mogę spodziewać się decyzji w ważnej sprawie, a ona na to: „A na kiedy pan potrzebuje?” To był dla mnie szok. Teraz pozostaje tylko pytanie – czy „starzy” będą się uczyć od „nowych”, czy „nowi” przejmą nawyki „starych”?

Wyjątkowo nierozsądne, zdaniem kupców, było podwyższenie do 400 zł progu, powyżej którego kradzież traktowana jest jak przestępstwo. To woda na młyn dla złodziei. – Zawodowcy szybko dostosowali się do nowych przepisów i kradną jednorazowo towary o wartości poniżej 400 zł. Mamy sygnały z tego środowiska, że teraz mile widziana byłaby coroczna waloryzacja, uwzględniająca inflację – szydzą nasi rozmówcy.

Wójt na zagrodzie…

Pretensje kupcy kierują także pod adresem samorządów. Małżeństwo, prowadzące sieć sklepów w woj. łódzkim, narzeka na nierówne traktowanie przez urzędników. – Załatwianie w gminie wszystkich formalności związanych z budową nowego sklepu zajęło nam prawie dwa lata. A w zeszłym roku pojawił się operator sieci dyskontowej i te same formalności załatwił w trzy miesiące. Czy mają lepszych prawników, czy więcej pieniędzy na różne „nieprzewidziane wydatki”? – zastanawiają się podejrzliwie kupcy.

Zdaniem przedsiębiorców samorządowcy myślą wyłącznie o wpływach do budżetu z podatku od nieruchomości. Kupiec z Opolszczyzny opowiada: – Nasi radni wymyślili, że będą wspierać nowe inwestycje, przyznając ulgi w podatkach na rzecz gminy. A co z już działającymi firmami? Czy mogą liczyć na wsparcie? Jeśli Biedronka otworzy jeszcze ze trzy dyskonty, splajtuje połowa sklepów w okolicy. Jak gmina pomoże dziesiątkom bezrobotnych? Co z kupcami, którzy stracą biznesy? – pyta retorycznie.

Znaleźć błąd i ukarać

Najbardziej dokuczliwe dla przedsiębiorców są jednak bieżące kontakty z urzędnikami przychodzącymi na kontrole. Wielu z nich działa tak, jakby otrzymali od zwierzchników jasną dyrektywę: za wszelką cenę znaleźć uchybienie i ukarać. Często przywoływany przykład to kontrola banderol na butelkach z alkoholem. Jak wygląda to w praktyce, opowiada kupiec prowadzący sklep spożywczo­‑monopolowy w dużym mieście: – Wystarczy, że jakaś banderola jest odrobinę źle doklejona albo lekko naddarta. Natychmiast wlepiają mi karę, nawet gdy jestem w stanie wykazać, że towar jest legalny. Co gorsza, kontrolerzy naciskają na pracowników, żeby przyznali, że „to wina szefa”. Wtedy kara może sięgnąć nawet 2000 zł. Pracownik zwykle dostaje stówkę grzywny. Aby się bronić, dogadałem się z moimi ludźmi, że to oni się przyznają, a ja refunduję im mandat – mówi przedsiębiorca.

Zasada „znaleźć uchybienie i ukarać” jest wciąż powszechna. – Nie może być tak, że urzędnik przyjdzie na kontrolę i nic nie znajdzie. To znaczy, że źle szukał – uśmiecha się jeden z naszych rozmówców. – Dlatego, chociaż prowadzę księgi rachunkowe bardzo starannie, świadomie „podkładam się” kontrolerom, np. dwa razy księguję tę samą fakturę na niewielką kwotę. Wymierzają mi małą karę i wszyscy są zadowoleni, oni „coś znaleźli”, a ja mam na jakiś czas spokój.

Kolacja z decyzją

Dużym problemem są wciąż niejasne przepisy, podlegające „uznaniowym” interpretacjom urzędników, którzy nie ponoszą osobistej odpowiedzialności za decyzje, nawet rażąco błędne. Gdy do tego dojdzie zła wola czy wręcz nieuczciwość kontrolującego, zdarzają się i takie sytuacje: – Zainwestowaliśmy z mężem w nowy pawilon. Po zakończeniu inwestycji pojawił się inspektor nadzoru budowlanego i powiedział, że nie powinno być żadnych problemów i mogę zacząć towarowanie sklepu. Gdy szykowaliśmy się do otwarcia, nagle okazało się, że jednak są niedociągnięcia i odbioru być nie może. Trwało to tydzień, dwa, trzy. Towar na półkach zaczął się psuć, straty rosły z każdym dniem. W końcu domyśliliśmy się, o co chodzi. Mąż zaprosił pana inspektora na kolację i załatwił sprawę. Decyzja była na drugi dzień – kończy nasza rozmówczyni.

Konrad Kaszuba

Wiadomości Handlowe, Nr 5 (135) Maj 2014

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.