13.04.2014/21:57

Lidl kontra związkowcy

Lidl zwolnił dyscyplinarnie szefów zakładowej „Solidarności” m.in. za udział w nielegalnych akcjach protestacyjnych. Związkowcy nie zostawiają na niemieckiej sieci suchej nitki. Lidl, który ostatnio ogłosił podwyżki pensji, odpiera zarzuty.

Teoretycznie działacza związkowego nie można zwolnić, ale sieci handlowe nie zawsze respektują ten przepis. Sprawa trafia do sądu i trwa zwykle od półtora do trzech lat. W tym czasie, bez przewodniczącego, związek się rozpada. – Tak było w Lidlu w 2006 roku. I tak samo jest teraz. Jeśli pracownik po trzech latach walki przed sądem dowiedzie swoich racji, otrzyma odszkodowanie, ale główny cel – zlikwidowanie związku zawodowego – został osiągnięty. Sieci opłaca się więc działać w ten sposób. Czym jest dla takiego Lidla kara w wysokości 50 000 czy 100 000 zł? – pyta retorycznie Marek Lewandowski, rzecznik prasowy Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.
Chodzi mu o dyscyplinarne rozwiązanie przez sieć umowy o pracę z Justyną Chrapowicz i Arturem Szuszkiewiczem – kierującymi zakładową organizacją związkową. Lewandowski określa to mianem dyskryminacji.
Przedstawiciele Lidla widzą całą sprawę inaczej. – Przyczyną było posługiwanie się w imieniu organizacji związkowej wobec pracodawcy podrobionymi dokumentami, a także zorganizowanie nielegalnych akcji protestacyjnych. Niezależne ekspertyzy kryminalistyczne wykazały, że podpisy poszczególnych członków Komisji Zakładowej, składane pod pismami do pracodawcy, były wielokrotnie fałszowane, co jest przestępstwem. O sprawie zawiadomiliśmy organy ścigania, mając na celu rzetelne jej wyjaśnienie, co było naszym moralnym i prawnym obowiązkiem – mówi Patrycja Kamińska z biura prasowego Lidl Polska.
– Lidl powinien najpierw swoje zarzuty potwierdzić przed sądem, a dopiero potem zwalniać. W niemieckiej sieci winę już orzeczono i wyrzucono związkowców, nie czekając na decyzję sądu. A w Polsce od orzekania winy jest sąd, nie pracodawca – ripostuje Lewandowski. Podaje przykłady utrudniania przez niemiecką sieć działania związków zawodowych. – Justyna Chrapowicz, gdy została przewodniczącą w Lidlu, natychmiast kierownik zaczął pojawiać się na każdej jej zmianie i kontrolował każdy jej ruch. Kazał też pisać oświadczenia dotyczące niemal każdej czynności wykonywanej w sklepie, co jest uciążliwe. Zanim zapisała się do związku, nie musiała pisać tych oświadczeń. W Lidlu nie zgadzano się na spotkania związkowców. Podobnie z siedzibą – pracodawca ma obowiązek wyznaczyć pomieszczenie na siedzibę związku, więc wyznaczył... w innym mieście – oburza się rzecznik Komisji Krajowej.
Jak łatwo zgadnąć, przedstawicielka Lidla i te zarzuty uważa za bezpodstawne: – Nigdy nie utrudnialiśmy żadnemu z naszych pracowników wstąpienia do organizacji związkowej czy działania w jej ramach. Obecność kierownika sklepu w pracy jest rzeczą naturalną i wynika z regulaminu, a zakres jego obowiązków obejmuje m.in. nadzór nad wszystkimi pracownikami. Jeśli chodzi o siedzibę organizacji zakładowej: propozycja jej lokalizacji podyktowana była względami organizacyjnymi i logistycznymi, optymalnymi dla obu stron – przekonuje Kamińska. Podkreśla, że Lidl Polska był i pozostaje otwarty na prowadzenie dialogu ze stroną pracowniczą, reprezentowaną również przez organizację związkową – pomimo tego że zrzesza ona jedynie nielicznych spośród około 13 000 pracowników firmy – a spotkania pomiędzy przedstawicielami pracodawcy i związkowcami odbywają się regularnie, zgodnie z ustalonym harmonogramem. (HUW)

Wiadomości Handlowe, Nr 4 (134) Kwiecień 2014

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.