07.01.2019/12:21

Polska stanie się tranzytem dla emigrantów z Ukrainy?

Wielu przedsiębiorców w Polsce z obawą czekało na decyzję rządu Angeli Merkel w sprawie otwarcia niemieckiego rynku pracy. 19 grudnia 2018 r., rząd w Berlinie zatwierdził projekt nowej ustawy, która m.in. ogranicza przeszkody formalne w zatrudnianiu pracowników z krajów spoza UE. Na szczęście dla polskiej gospodarki, projekt musi przejść jeszcze ścieżkę legislacyjną i nowe prawo wejdzie w życie 1 stycznia 2020 r. Polscy przedsiębiorcy mają więc rok na przygotowanie się na ewentualny odpływ pracowników z Ukrainy. To, że on nastąpi, jest pewne. Pytanie tylko, w jakim stopniu i jak możemy go zminimalizować. Stawką jest nawet 1,6 proc. PKB.

Niemiecka gospodarka dotkliwie odczuwa brak rąk do pracy, a zwłaszcza brak specjalistów. Nowa ustawa ma ułatwić ich pozyskanie, głównie z Ukrainy. Na pierwszy rzut oka, otwarcie niemieckiego rynku pracy to obietnica świetlanej przyszłości dla Ukraińców. Na przeszkodzie stoi jednak nadal kilka barier, które mogą  spowolnić exodus.

Pierwsza, to roczny proces wdrożenia nowej ustawy, która ma scalić około 50 różnych regulacji. W dodatku, nowe prawo ma obowiązywać tylko 2,5 roku. Jeśli Bundestag uzna, że jest więcej minusów niż plusów, to ustawy nie przedłuży. Tym samym pryśnie perspektywa dłuższego zarobku, który mógłby zrekompensować wysokie koszty utrzymania w Niemczech. Niemieckie urzędy będą także weryfikować posiadane doświadczenie zawodowe. System kształcenia zawodowego w Niemczech jest specyficzny i znacznie odbiega od systemów funkcjonujących w innych krajach. Uznanie kwalifikacji może nie być takie proste. Do otrzymania wizy uprawniającej do półrocznego pobytu w Niemczech i poszukiwania pracy, potrzebne będzie też odpowiednie wykształcenie (wyższe lub zawodowe) i znajomość języka niemieckiego.

Ta ostatnia jest drugą, bardzo ważną barierą. Język polski jest podobny do ukraińskiego, co pozwala Ukraińcom na podjęcie w Polsce pracy „od ręki”. Lepsza znajomość polskiego i odpowiednie kwalifikacje, dają zaś możliwość podjęcia bardziej specjalistycznej pracy, a nawet na stanowiskach kierowniczych. Niemieccy pracodawcy nie są tak elastyczni.

- Z naszego doświadczenia w zatrudnianiu Polaków w dużych przedsiębiorstwach w Niemczech wiemy, że niemieccy pracodawcy nie stosują specjalnych taryf ulgowych wobec cudzoziemców, którzy przyjeżdżają do nich do pracy. Od pierwszego dnia traktują ich tak, jak każdego nowego niemieckiego pracownika
i oczekują znajomości języka niemieckiego przynajmniej na poziomie B2. Mieliśmy nawet taki przypadek, że na stanowisko kierowcy wymagany był płynny niemiecki – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Taryfy ulgowej może nie być również w organizacji pracy i życia w Niemczech, bo niemieccy pracodawcy oczekują samodzielności.

- W Polsce nauczyliśmy pracowników z Ukrainy „prowadzenia za rękę” od pierwszego dnia pobytu. Oprócz zapewnienia zakwaterowania oraz formalności związanych z legalizacją pobytu, pracownik z Ukrainy często otrzymuje wsparcie dwujęzycznego koordynatora, który pomoże mu się wdrożyć. W efekcie brak znajomości języka polskiego nie jest przeszkodą. - twierdzi Daniel Sola, kierownik projektów międzynarodowych w Trenkwalder. – Z tego co wiem, na ten moment, niemieccy pracodawcy nie oferują zaplecza mieszkaniowego, a formalności związane z meldunkiem są skomplikowane. Nie ma także koordynatorów wspierających, a jeżeli są to raczej w ograniczonej ilości. Czas pokaże, czy w ciągu roku niemieccy pracodawcy przygotują podobne udogodnienia, jak w Polsce  – dodaje Daniel Sola.

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.