14.03.2017/16:51

Polskie sklepy chorują na "brak drobnych"

Chorobą, która o poranku trawi niewielkie polskie sklepy, jest notoryczny brak drobnych w kasie. W innych krajach kasjer, który rozkłada bezradnie ręce ze słowami „nie mam wydać”, kompromituje placówkę. Dlaczego u nas jest inaczej?

To historia z cyklu „widziane z drugiej strony lady”. Relacjonuje klientka: – Wybrałam się rano do osiedlowego sklepu obok biura, w którym pracuję. Zrobiłam zakupy za około 11 zł. Gdy położyłam na ladzie banknot o nominale 50 zł, kasjerka odtrąciła pieniądze i powiedziała, żebym dała drobne, bo ona nie ma wydać. W przeciwnym razie mam poczekać, aż obsłuży kolejnych klientów i uzbiera potrzebną kwotę.

Klientka zażądała rozmowy z kierowniczką. Ostatecznie kajał się sam właściciel placówki, który w ramach przeprosin przysłał nawet do biura koszyk ze smakołykami. Inna klientka, gdy zapytała sprzedawczynię, czemu nie ma drobnych, usłyszała pełne złości: – Bo prowadzę sklep, a nie bank. Kolejna regularnie otrzymuje w rozliczeniu zapałki, bo kiosk, w którym kupuje gazety, cierpi na brak dziesięciogroszówek.

Detaliści przyznają, że rano kasa jest praktycznie pusta. – Wieczorem szef zabiera wszystkie pieniądze. Zostawia co najwyżej 20 zł. To nie moja wina. A klienci, jakby się zmówili, kładą na ladę same stuzłotówki. Przecież nie wyciągnę drobnych z rękawa... – rozkłada ręce młoda kasjerka. W sytuacji podbramkowej proponuje klientowi, by zapłacił kartą. Prowizja, którą trzeba odprowadzić do centrum rozliczeniowego, pomniejsza wówczas zysk sklepu. Brak drobnych w kasie „trzepie” więc detalistę po kieszeni.

Pani Bożena, która prowadzi dwie placówki spożywcze w niewielkim miasteczku w północnej Polsce (90 i 180 mkw.), w sprawie drobnych podjęła męską decyzję – odkąd zainstalowała alarm, zostawia w kasie 2000 zł. Rano kasjerka ma do dyspozycji szufladę aż uginającą się od pieniędzy. – Dzięki temu nie ma problemów z wydawaniem reszty. Co najwyżej czasem zabraknie jednogroszówek, ale tylko dlatego, że wiele towarów ma końcówkę 99 groszy.

Brak drobnych jest tak powszechny w polskim handlu, że nosi znamiona epidemii. Sprawdziliśmy, czy przypadkiem na rynku nie zabrakło bilonu? Owszem, był taki problem – na początku tego roku handlowcy z Dolnego Śląska skarżyli się na dramatyczny brak złotówek i pięćdziesięciogroszówek, krucho było też z groszami. Banki tłumaczyły, że monet brakuje, bo Narodowy Bank Polski nie dostarcza ich w odpowiedniej ilości. Te kłopoty były jednak przejściowe i trudno usprawiedliwić nimi niedobór drobnych w tysiącach sklepów w całym kraju...

Dodaj komentarz

3 komentarze

  • Adam 1970 23.05.2018

    To dziwne, że dostawcy pizzy czy domowego obiadu daje się odliczone pieniadze ale w sklepie płaci się 100 albo 50 zl co w zasadzie wychodzi na jedno. Skoro prawo nakłada na sprzedawcę obowiązek wydania reszty to czemu automaty w znakomitej większości przyjmują tylko bilon? Sprzedawca jest w stanie zapewnić ograniczoną ilość drobnych na start jeśli kilka osób pod rząd płaci banknotem o wysokim nominalne to normą jest że zapas drobnych szybko się wyczerpie. Nie ma się co obruszać na sprzedawcę tylko nosić dobniaki i wszyscy będą zadowoleni.

  • aga 17.03.2017

    Jakiś czas temu poszłam rano, w drodze do pracy, do osiedlowej piekarni i okazało się, że nie mogę kupić bułek bo ekspedientka nie mogła wydać mi reszty z 20 zł. Ponieważ nie było tam również możliwości zapłacenia kartą to ... siedziałam w pracy głodna. Jaki jest efekt tego zdarzenia? Jeśli muszę rano kupić coś do jedzenia do pracy to już nie zaglądam do tej piekarni. W taki głupi sposób stracili klienta, który co prawda nieregularnie ale korzystał z tego sklepu.

  • oburzony klient 15.03.2017

    Nie piszcie, że ten problem dotyczy tylko małych sklepów, bo markety są nie lepsze.

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.