23.05.2016/09:22

Serce sklepu Damark bije w magazynie

Niektórzy detaliści każdy metr kwadratowy przeznaczają na salę sprzedaży, a Kazimierz Markowski, szef 380-metrowego Damarku w Morągu, inwestuje w magazyn.

Jak najmniejszy magazyn, jak najmniejsze biuro, ale jak największa sala sprzedaży – to strategia wielu polskich właścicieli sklepów. Znacie te biura, gdzie na dwóch metrach siedzą trzy osoby: szef, szefowa i księgowa. A jeśli zostanie jeszcze trochę miejsca, to i kilka zgrzewek z wodą się zmieści… Nie ma się co dziwić, to ekspozycja sprzedaje – nie magazyn ani nie kantor. Jednak w 380-metrowym sklepie Kazimierza i Marii Markowskich sprzedaż jest dobra (żeby nie powiedzieć rewelacyjna), a właściciele siedzą na wygodnych fotelach, w eleganckim gabinecie, przy normalnych (a nie szkolnych) biurkach, i nie mają poczucia, że z tego powodu uciekają im złotówki.

Nie ma braków na półce

Jeszcze dziwniejsze może się komuś wydać zachowanie Kazimierza Markowskiego, który zamiast rozbudowywać salę sprzedaży – jaz zrobiłoby wielu na jego miejscu – inwestuje w magazyn. Po kilku rozbudowach powierzchnia magazynowa sklepu sięga 260 mkw., i przynosi wymierne, finansowe

korzyści. Mając bowiem gdzie trzymać towar, szef zamawia ilości, które pozwalają mu ostro negocjować i zbijać ceny u dostawców. Detalista przyznaje, że kiedyś zamawiali towar „na zgrzewki”, a dziś „na palety”. To duża różnica, również w cenie zakupu. Ponadto nie ma już mowy o brakach na półce, bo towar zawsze jest pod ręką, a ściślej mówiąc pod podłogą – tam znajduje się znaczna część składu.

Na tym nie koniec odważnych pomysłów. Cukierki i ciastka na wagę Markowscy przenieśli zza lady na otwartą ekspozycję. Koledzy po fachu wątpili w słuszność tej decyzji, uważając, że wzrośnie liczba kradzieży, których nie zrekompensują wzrosty sprzedaży. Mylili się. Po tygodniu z 250 kg popularnej śliwki w czekoladzie zostało 21 dkg, z czego ani jeden cukierek nie padł łupem złodzieja. Ani jeden! Warto zaznaczyć, że wzrost sprzedaży cukierków i ciastek (bez szkód) był efektem ubocznym – pomysł na wyprowadzenie części asortymentu na samoobsługę wziął się z szukania oszczędności. Łącznie obie kategorie wzrosły o 500 proc.

Znajomi jeszcze bardziej przecierali oczy ze zdumienia, gdy Markowscy ustawili na otwartej ekspozycji alkohole (w tym wódkę). Tu wprawdzie nie było równie spektakularnych wzrostów, ale podobnie jak w przypadku słodyczy, nie było również kradzieży.

Piec i ciepłe kolory

Właściciele przeżyli chwile grozy, kiedy w 2011 roku w sąsiedztwie powstał sklep Intermarché, którego profil jest zbliżony do tego, co oferuje Damark. Najpierw była panika. Niektórzy pracownicy od razu odeszli, nie widząc szans na to, że sklep państwa Markowskich utrzyma się przy tak silnej konkurencji. Gdy właściciele otrząsnęli się z szoku, przyszedł czas na decyzję, co dalej. Pojechali sprawdzić, jak wygląda sklep, który może ich zmieść z rynku a gdy wrócili zrobili zebranie, by w punktach ustalić plan działania. Postanowili poszerzyć asortyment, wprowadzić piec i rożen (żeby w sklepie był zapach), użyć we wnętrzu ciepłych kolorów, poprawić dział nabiałowy oraz produktów świeżych. Po wdrożeniu „programu ratunkowego” obroty zaczęły rosnąć. I rosną do dziś. Część pracowników, którzy w panice odeszli, poprosiła  o możliwość powrotu. Zostali przyjęci z powrotem.

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.