07.07.2014/22:06

Początki biznesu - prawdziwe historie

Z dzisiejszej perspektywy wspomnienia Pawła Smugi, który zaczynał przygodę z handlem na początku lat 80., brzmią jak bajka o żelaznym wilku. Przypomnijmy sobie, jak się handlowało 30 lat temu.

Paweł Smuga jest właścicielem delikatesów monopolowych Pod Zegarem w Łodzi. Jego sklep funkcjonuje od 1991 roku, ale biznesowa kariera kupca zaczęła się niemal dekadę wcześniej, na początku ponurych lat 80. Wtedy w popularnym łódzkim Handlowym Domu Dziecka (HDD), przy ul. Piotrkowskiej, młody chłopak wynajął mały kącik i zaimprowizował w nim swoje pierwsze stoisko handlowe. Miejsce było znakomite, bo w tamtych czasach w Łodzi dosłownie wszystko kupowało się na Piotrkowskiej, a HDD, obok sławnego Centralu, należał da najlepiej zaopatrzonych domów towarowych. Paweł zaczął od napojów na bazie soków, nalewanych do plastikowych jednorazowych kubków, a wkrótce rozszerzył ofertę o paluszki, chrupki, lizaki, gumy do żucia i podobne artykuły spożywcze – jakie tylko udało mu się zdobyć. – W tamtych czasach podstawową trudnością było „upolowanie” jakiegokolwiek towaru na handel. Przebojem były słone paluszki. Kupowałem tysiąc paczek i już na drugi dzień niewiele z tego zostawało. Jechałem do producenta i błagałem o więcej. Ale on nie bardzo mógł mi sprzedać więcej, bo jako „prywaciarz” dostawał przydział paru ton mąki miesięcznie i koniec. Musiał tym obdzielić wszystkich klientów, więc kombinował, jak się dało: „na lewo” kupował mąkę od rolników albo od magazynierów w zakładach zbożowych czy państwowych i spółdzielczych piekarniach. Podobnie było z lizakami – wtedy modne były czerwone serduszka i kogutki – kupowałem u rzemieślnika sto czy dwieście sztuk, co mi wystarczało zaledwie na parę dni. Ale więcej nie mógł mi sprzedać, bo miał za mały przydział cukru…

Donaldy za dolary

Po jakimś czasie hitem stoiska Pawła Smugi stały się tzw. towary kolonialne – czyli wyroby przywożone w ramach „importu walizkowego” z NRD, Czechosłowacji czy Węgier. Żelki, czekolady, „kamyczki”, czyli fistaszki w polewie cukrowej, a także słynne gumy do żucia Donald. Oferta handlowa sklepu obejmowała góra kilkanaście pozycji! Towar przywozili głównie robotnicy wracający z kontraktów zagranicznych, potem także „zawodowi” importerzy. Jeździło się też samemu. – Pewnego razu wiozłem z Węgier 120 paczek Donaldów, po 10 sztuk w paczce. Celnik otwiera walizkę i co weźmie do ręki jakieś ubranie, to sypią się z niego gumy do żucia. Już nie pamiętam, jak się wyłgałem, ale w końcu mnie puścił. Zarobiłem na tych gumach majątek. Donaldy kupowało się też w Peweksie, za dolary nabywane po czarnorynkowych cenach od cinkciarzy. Paczka tych gum do żucia kosztowała około dolara, ja sprzedawałem je na sztuki z pięciokrotną przebitką. To był handel! – wspomina z nostalgią kupiec.

Pod koniec lat 80. Handlowy Dom Dziecka został zamknięty, miał się przenieść do nowej siedziby. Zanim to nastąpiło, niestrudzony przedsiębiorca wykombinował jakiś stoliczek, który na noc zanosił do pobliskiego warsztatu zaprzyjaźnionego szewca. Codziennie rano rozkładał swój sklep pod chmurką, na chodniku przed zamkniętym domem handlowym, i wytrwale handlował – upał, deszcz, mróz czy wichura. Trwało to chyba z rok. W końcu otworzono HDD w nowej lokalizacji, a Pawłowi udało się tam wynająć stoisko – dużo większe i znacznie lepiej zaopatrzone.

Pora iść na swoje

W nowym miejscu handlował do 1991 roku. W tym czasie w kraju rozpoczęły się przemiany wolnorynkowe, firmy wyrastały jak grzyby po deszczu, znacznie poprawiło się zaopatrzenie. Smuga zgromadził trochę wolnego kapitału i, idąc z duchem czasu, postanowił otworzyć własny sklep. Wygrał przetarg na lokal handlowy przy ul. Inowrocławskiej, tuż obok jednej z najważniejszych arterii komunikacyjnych miasta. Postawił na branżę alkoholową. Lokalizacja okazała się „strzałem w dziesiątkę”, a doświadczenie kupca wyniesione z czasów „gospodarki niedoborów” zaprocentowało niezwykłą skutecznością w zdobywaniu atrakcyjnych towarów. Wódki gatunkowe, whisky, brandy czy wina francuskie i włoskie wciąż należały wtedy do grupy towarów luksusowych i deficytowych. On umiał je znaleźć. W połowie lat 90. w Łodzi wiedziało się, że jeśli ktoś organizuje wystawne przyjęcie i potrzebuje dobrych alkoholi, powinien koniecznie pojechać do delikatesów Pod Zegarem. Tam na pewno wszystko dostanie.

Konrad Kaszuba

Wiadomości Handlowe, Nr 6-7 (136) Czerwiec - Lipiec 2014

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.