23.05.2017/08:22

Handel w Japonii. Na zakupy do konbini (日本を貿易します)

Porównywać japoński rynek handlowy z rynkiem w Polsce to jak porównywać wodę z mlekiem. Jedno i drugie mokre i nadające się do wypicia, a przy tym zupełnie różne.

Najważniejsze bodaj słowo w japońskim handlu to „konbini”. W ten sposób określane są w Kraju Kwitnącej Wiśni sklepy convenience, których działa łącznie około 50 000. Znaleźć je można niemal na każdym kroku, zwłaszcza w większych miastach, a otwarte są przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Trzy najczęściej spotykane szyldy to 7-Eleven, Lawson i Family Mart.

Zakupy na szybko

Wnętrze japońskich sklepów convenience mogłoby zadziwić wielu z nas. W konbini zwykle nie znajdziemy świeżych owoców czy warzyw, a świeżego pieczywa – w zasadzie nigdy (tylko pakowane próżniowo). Można tam natomiast zrobić ksero lub coś zeskanować, kupić bilety na koncerty i wydarzenia sportowe, nabyć losy na loterię, wywołać zdjęcia, nadać przesyłkę czy wypłacić pieniądze z bankomatu. To ostatnie jest zresztą wyjątkowo ważne, bowiem w Japonii co do zasady płaci się gotówką, a nie kartami płatniczymi.

Nie oznacza to oczywiście, że zapomniano o ofercie spożywczej – ta przecież jest najważniejsza. W asortymencie dominują małe przekąski, zupy w kubku, dania gotowe oraz food-to-go. Najtaniej, bo za 100 jenów (niecałe 4 zł), można kupić najmniejsze słodycze. Za bardzo popularne „kanapki ryżowe” (onigiri),  stanowiące tutaj podstawę diety, zapłacimy około 200 jenów, a dania gotowe (składnikiem większości z nich jest, zgodnie z przewidywaniami, ryż) kupimy za 300-500 jenów. Onigiri możemy zwykle podgrzać i spożyć na miejscu.

Wśród najciekawszych „wynalazków”, jakie udało mi się odnaleźć podczas podróży po Japonii, warto wymienić gotowane jajka sprzedawane na sztuki (!), chipsy krabowe czy KitKaty o smaku sake (tradycyjne wino ryżowe) lub wasabi (chrzan japoński). Produktów pod tą ostatnią marką można znaleźć zresztą w tym kraju setki – KitKat znakomicie wpisuje się w zamiłowanie Japończyków do edycji limitowanych, a i turyści, widząc słodycze o kompletnie nietypowych smakach, chętnie się w nie zaopatrują. Polaków – a już na pewno Amerykanów – zaskoczą zatrważająco niewielkie opakowania i porcje większości produktów. Dla Japończyków jest czymś zupełnie normalnym, że np. czekoladę kupuje się w 40-gramowych opakowaniach. Może to dlatego na ulicach Tokio, Kioto czy Osaki ze świecą szukać osób otyłych czy z nadwagą, a jeśli już kogoś takiego mijamy, to zazwyczaj okazuje się on turystą.

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.