04.03.2021/08:00

Rok z koronawirusem w Polsce. Czarny łabędź postraszył handel

Od wiosennego przerażenia, poprzez letnią ulgę, aż po ponowny niepokój i zawieruchę jesienno-zimową. Tak w skrócie wyglądał pierwszy - i niestety nie ostatni - rok z koronawirusem w polskim handlu.

Dokładnie 4 marca 2020 r. ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski poinformował o wykryciu pierwszego przypadku koronawirusa w Polsce. Zanim jeszcze do tego doszło, sklepy spożywcze odnotowały rekordową sprzedaż, ponieważ klienci rzucili się do czyszczenia półek z papieru toaletowego, ryżu, makaronu i innych produktów z długim terminem przydatności do spożycia. Trudno było wtedy przewidzieć, jaka będzie skala nadciągającego kryzysu. Polacy uznali więc, że lepiej kupować na zapas, by w razie czego móc "zabunkrować" się w domach.

Na pierwszym froncie

Pierwszy lockdown, charakteryzujący się niemal całkowitym zamrożeniem życia gospodarczego i społecznego w Polsce, z perspektywy czasu może wydać się przesadny. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w obliczu nieznanego lepiej się nadmiernie zabezpieczyć, niż tego nie zrobić i potencjalnie później żałować. Polskie władze, obserwujące gorzkie, włoskie doświadczenia z koronawirusem, zdecydowały się na twardy wariant, czyli w praktyce zamknięcie kraju niemal na cztery spusty.

Oczywiście nie wszystko można było wygasić - sklepy pierwszej potrzeby, takie jak spożywcze, musiały pozostać otwarte, nawet jeśli rząd zdecydował się wprowadzić w takich placówkach niskie limity klientów mogących jednocześnie przebywać w środku. Pierwsze restrykcje okazały się dotkliwe zwłaszcza dla supermarketów, dyskontów i hipermarketów, w których "hulał wiatr". Do dziś pamiętamy gigantyczne kolejki przed sklepami tuż przed Wielkanocą, nawet w godzinach nocnych.

Pierwsze uderzenie koronawirusa dla wielu osób było momentem przejrzenia na oczy i uświadomienia sobie, które zawody są tak naprawdę ważne. Niedoceniani zazwyczaj pracownicy sklepów nagle znaleźli się na pierwszej linii frontu covidowego. Ryzykując zdrowie i życie, codziennie dbali o to, by Polacy mieli co włożyć do lodówki. W pierwszych tygodniach pandemii środki bezpieczeństwa w sklepach były jeszcze znikome - nie zdążono zainstalować osłon z pleksi, a pomysł noszenia maseczek był wyśmiewany nawet przez niektóre autorytety medyczne. Praca w sklepie w tym czasie była bohaterstwem na miarę naszych czasów.

O solidarności społecznej z początku pierwszej fali dziś już mało kto pamięta. Społeczeństwo jest znużone pandemią, statystykom zachorowań i zgonów przygląda się z coraz większą obojętnością, a przedsiębiorcy z niektórych segmentów branży handlowej walczą o przetrwanie i wypatrują rządowego wsparcia. Mamy za sobą już trzy lockdowny centrów handlowych, które łącznie trwały ok. 15 tygodni - w tym czasie większość galeryjnych sklepów nie mogła się otworzyć. Sieci odzieżowe, które nie przeniosły się w porę do internetu, dogorywają. Gastronomia, poobijana wiosną, w październiku została zamrożona przez rząd "na dwa tygodnie", które potem zamieniły się w miesiąc, dwa miesiące, trzy miesiące...

Raj dla dyskontów

Na tym tle handel spożywczy okazał się stosunkowo odporny na koronakryzys. Z danych firmy Euromonitor International wynika, że obroty sklepów ogólnospożywczych w 2020 r. spadły tylko nieznacznie i wyniosły 256 mld zł wobec 258,4 mld zł rok wcześniej. Prognozy na rok bieżący są optymistyczne i zakładają wzrost rynku o ponad 7 mld zł.

Jednak nie wszyscy radzili sobie w pandemii równie dobrze. Najsłabiej wypadły hipermarkety, w których sprzedaż w minionym roku spadła aż o ponad 14 proc. Była to konsekwencja tego, że większość sklepów w tym formacie działa w centrach handlowych. Choć ulokowani w galeriach operatorzy spożywczy mogli funkcjonować przez cały rok (za wyjątkiem niedziel niehandlowych i świąt), to jednak trzy lockdowny centrów handlowych musiały się przełożyć na spadek liczby klientów w tych sklepach.

Na przeciwległym biegunie znalazły się dyskonty, które na pandemii tylko zyskały, a z problemami borykały się w zasadzie tylko w pierwszych tygodniach kryzysu, gdy rząd narzucił im wyjątkowo restrykcyjne limity klientów (które później zostały poluzowane). Według Euromonitor International, dyskonty, czyli takie sieci jak Biedronka, Lidl, Netto i Aldi, zwiększyły w 2020 r. przychody ze sprzedaży aż o 7,7 proc.

Dzięki temu ich udział w polskim rynku spożywczym wzrósł do prawie 40 proc. Z wyliczeń firmy Nielsen wynika, że udziały dyskonterów w całości koszyka żywności podskoczyły do 38,5 proc., podczas gdy rok wcześniej wynosiły "tylko" 35,7 proc. To oznacza, że ten format sklepu po raz pierwszy wyprzedził placówki małoformatowe, których udział w rynku zmalał do 37,8 proc.

Całkiem nieźle poradziły sobie sklepy convenience, czyli punkty takie jak Żabka. Według Euromonitora zwiększyły one sprzedaż w minionym roku o 3,9 proc., czyli odrobinę bardziej niż supermarkety, w przypadku których wzrost wyniósł 3,2 proc.

Ciąg dalszy artykułu - na drugiej stronie.

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.
zobacz także