Dlaczego dyskonty unikały centrów miast?
Przez dekady operatorzy dyskontowi raczej unikali ścisłego centrum dużych miast. Klasyczny model biznesowy opierał się na lokalizacjach na peryferiach aglomeracji. To pozwalało na budowę ustandaryzowanych sklepów o powierzchni ponad 1000 mkw., zapewniały nieskomplikowaną logistykę oraz obszerne parkingi.
Natomiast gęsta zabudowa miejska oznaczała wysokie czynsze, ograniczone pory dostaw, mniejszą powierzchnię sprzedaży i – co kluczowe – ruch klientów pieszych, a nie zmotoryzowanych, robiących duże zakupy na zapas. Dodatkowo to strukturalne niedopasowanie zostało niejako wzmocnione przez rolę parkingów jako jedną z głównych wartości dyskontów.
Wszak parking jest kluczowy przez zakupach tygodniowych lub hurtowych i pod to takie zachowania klientów jest także zoptymalizowany asortyment dyskontów. Taka oferta słabo współgra z popytem generowanym wyłącznie przez niezmotoryzowanych klientów. Również z tego powodu sklepy w centrach miast wydawały się przez długi czas niekompatybilne z logiką efektywności leżącą u podstaw modelu dyskontowego.
To także może Cię zainteresować: Właściciel Lidla i Kauflandu przejmuje sieć hipermarketów. Chce zbić kokosy.
Kryzys domów towarowych szansą dla Lidla na wejście do centrum miasta
Jednak epoka po pandemii COVID-19 radykalnie zmieniła te założenia i warunki rynkowe. Wielu wyspecjalizowanych detalistów w centrach miast, szczególnie w branży dóbr niespożywczych, wycofało się z rynku. A to skutkuje pustostanami w najlepszych lokalizacjach w centrum miasta.


