13.02.2014/18:20

Jak kupuje Małgorzata Ostrowska?

Rozmowa z Małgorzatą Ostrowską, wokalistką rockową

Zakupy spożywcze to dla Pani codzienność czy utrapienie?
Bywa różnie, bowiem w moim domu codzienne zakupy spożywcze to domena męża. Utrapienie związane z powtarzalnością zakupów nie jest zatem wielkim problemem. Oczywiście, ja także je robię, ale nie odbywają się każdego dnia.

Ma Pani ulubiony sklep?
Mieszkamy w małej miejscowości i przyznam, że jest ich nawet kilka. Podstawowe zakupy to większy sklep, ale są określone produkty, które oferują mniejsze placówki. Wtedy oczywiście wspieramy lokalny handel. Znam osoby, które tam pracują. Wiadomo, że jeśli po warzywa to tylko do „Cebulki”, po truskawki do „Szczygła”, po pieczywo do „naszej” piekarni, itd.

Zakupy przez Internet to wśród zabieganych gwiazd rzecz powszechna. Pani nie ma przed tym oporów?
Jestem wielką zwolenniczką zakupów w sieci, ale nie dotyczy to produktów spożywczych. Tu zdecydowanie wolę tradycyjne sposoby, lubię widzieć co będę jeść. Ale znaczną część innych zakupów robię właśnie przez Internet.

Są w pełni bezpieczne?
Kiedyś oczywiście obawy odnośnie bezpieczeństwa się pojawiały. Mam jednak generalną zasadę – jeśli nie znam dobrze sklepu, kupuję tam za zaliczeniem pocztowym, czyli płacę dopiero przy odbiorze. Jeśli znam już sklep, znacznie prościej oczywiście jest zapłacić kartą. Robię to wówczas bez większych oporów, choć bywają sytuacje, kiedy mam wątpliwości. Ostatnio, kupując w sklepie, z którego korzystam bardzo często, zapomniałam jakiejś rzeczy. Zadzwoniłam tam, pracownik był bardzo uprzejmy, zaproponował, że „dołoży” za mnie ten produkt – zażądał przy tym jednak nie tylko numeru karty kredytowej, ale także jej numeru identyfikacyjnego. I choć wszystko było nagrywane i odbywało się w pełni „legalnie”, uznałam, że jest to już zbyt daleka ingerencja w moje osobiste informacje.
Wiem o wpadkach i oszustwach, jakie zdarzają się ludziom kupującym w sieci. Mnie zdarzyło się to raz i chętnie przestrzegłabym wszystkich czytelników przed jednym ze sporych sklepów internetowych z butami, gdzie w żaden sposób nie byłam w stanie wyegzekwować pieniędzy za zwrócony towar.

Wielkie sieci handlowe, tłumy ludzi z wózkami, kolejki przy kasach – odwiedza Pani hipermarkety, czy może unika ich jak ognia?
Bywa, że się tam pojawiam, ale nie z powodu przyjemności robienia zakupów, a z braku czasu. Jest tak przeważnie wtedy, gdy wiążę ze sobą zakupy z różnych dziedzin. Mogę je, za jednym „zamachem”, zrobić w supermarkecie. Wtedy faktycznie taki duży sklep jest niezłym rozwiązaniem, przy czym najczęściej, a raczej zawsze, idę do takiego sklepu z kartką. Łatwiej się wówczas upilnować, by wybierając się po kilka konkretnych rzeczy, nie wyjść z przepełnionym przypadkowymi produktami wózkiem. No i wtedy rzeczywiście oszczędzam czas.

Czyta Pani etykiety, nim wrzuci coś do koszyka?
Bardzo często. Zazwyczaj robię to pod kątem dietetycznym, sprawdzam więc zawartość tłuszczu i cukru, choć nie tylko. Nie wszystkie „E” mnie przerażają, ale niektóre owszem.

Czy informacje na etykietach są wystarczające?
Obowiązek podawania składu jest powszechny. Nie wiem, czy to celowe działanie producentów, ale czasem zamieszcza się to takim „maczkiem”, że praktycznie te informacje są nieczytelne, nawet dla ludzi o sokolim wzroku. Być może jest to metoda, by zniechęcić do sprawdzania, szczególnie długich opisów składu produktu. Na początku pojawiają się te najistotniejsze i całkiem naturalne, po czym, kiedy nasz wzrok już wysiada, są jeszcze dwie trzecie opisu samych konserwantów.

Jest taki produkt, któremu nie może się Pani oprzeć, bez względu na to, co napisano na etykiecie?
Jestem dość odporna, na przykład umiem pohamować się, kiedy widzę słodycze. Ale są chwile, gdy uginam się, widząc, na przykład, wspaniały ser gorgonzola. Zdarza mi się także, w nieracjonalny sposób, kupować produkty naturalne, z którymi potem nie do końca wiem co zrobić.

Co to ostatnio było?
Chociażby odtłuszczone, mielone siemię lniane, karob (melasa lub proszek z chleba świętojańskiego – przyp. red.) albo mączki z dziwnych roślin, których potem nawet nie wypróbowuję, albo okazuje się, że są po prostu niesmaczne.

Jest Pani zatem otwarta na nowości?
Tak, ale uważam, że należy zachować przy tym umiar. Muszę przyznać, że nie zawsze mi się to udaje.

Wojciech Chełchowski

Wiadomości Handlowe, Nr 2 (132) Luty 2013

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.