17.10.2016/12:40

Nie wszystko na „E” jest be

Prawdziwa ekologiczna szynka musi być droższa od tej zwykłej. Ale nie o dwa, tylko o dwadzieścia złotych.

Ekologiczne pieczywo, makarony czy dżemy to już norma w polskim handlu, a mięso i wędliny jakby nie mogły się zdecydować, czy wsiąść do pociągu z napisem „eko”. To dlatego, że – po pierwsze – łatwiej wyprodukować ekokonfitury niż ekostek, ponadto „ekologiczne mięso” brzmi dla sporej części konsumentów mniej apetycznie niż np. ekologiczny chleb. Czy przypadkiem – zastanawiają się amatorzy karkówki – „bio” w nazwie nie oznacza, że mięso jest mniej tłuste, a przez to mniej smaczne…

Pomysłowy Polak

To nie znaczy, że na rynku nie ma ekologicznych kiełbas i pasztetów. Są, ale trzeba umieć odróżnić te naprawdę ekologiczne od tych, które „eko” mają tylko na etykiecie. W branży spożywczej znany jest przypadek przedsiębiorcy, który zwykłe jajka pakował w kosze wysłane słomą i sprzedawał kilka razy drożej. Numer przeszedł, bo w Polsce nie było kontroli i ponoć wciąż jej brakuje. – Nie ma kontroli na takim poziomie, żeby z całkowitą pewnością można było stwierdzić, że produkt jest ekologiczny. To pozwala nazywać ekologicznymi wędliny wyprodukowane z mięsa niekoniecznie dobrej jakości. Pamiętajmy, że Polacy są pomysłowi – mówi Józef Konarczak, prezes Zakładu Mięsnego Konarczak. Jego zdaniem nawet ludzie zawodowo związani z handlem spożywczym są narażeni na to, że zamiast ekologicznego kupią zwykły towar. W Irlandii czy Hiszpanii nie ma mowy o tym, żeby producent mógł sprzedać zwykłe mięso jako wyrób lepszej jakości. Jak zatem zminimalizować ryzyko kupienia oszukanego towaru? Za każdym razem należy prosić dostawcę o certyfikaty potwierdzające, że produkt jest rzeczywiście ekologiczny.

Czyszczenie etykiet

Jedną z cech, która wyróżnia prawdziwe bioprodukty od standardowych, jest cena. Powinna być znacznie wyższa – nie o 2 zł, ale o 20 zł. Trudno wyprodukować ekologiczną szynkę, która w detalu będzie kosztowała 28 zł za kilogram. Wiąże się to z kosztami produkcji, które praktycznie na każdym etapie są wyższe niż podczas standardowego procesu. Specjalne pasze, surowce, certyfikaty – to wszystko kosztuje, dlatego nie ma taniej ekologicznej żywności. Dlatego część producentów decyduje się na rozwiązanie pośrednie: nie walczą o „bio” w nazwie, co wymagałoby od nich dodatkowych kosztów, ale – żeby wpisać się w prozdrowotny trend – pozbywają się ze składu substancji, które konsumentom źle się kojarzą. Wyrzucają więc z etykiety możliwie jak najwięcej składników na literę „E”, wiedząc, że „świadomy” konsument jest na nie wyczulony. Czy postępują słusznie? Zdania na ten temat są podzielone – W mięsie na ma substancji, które by niszczyły zdrowie. Żeby fosforan zaczął szkodzić, ktoś musiałby zjeść wciągu kilku dni 200 kg szynki – tłumaczy Józef Konarczak. 

Zdrowy jak daniel

W Polsce rynek ekologicznego mięsa dopiero się rozwija i nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie, bo trudno przewidzieć, czy w przyszłości znajdzie się wielu klientów gotowych płacić ponad 40 zł za kilogram mięsa. Na razie gwarancję naturalnego pochodzenia dają polskim konsumentom produkty z dziczyzny. Pod tym względem jesteśmy lepsi od Zachodu, gdzie daniele hoduje się od dawna na farmach.

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.