19.09.2013/18:00

Nielegalne mięso psuje rynek i szkodzi sklepom

Ubój gospodarczy miał służyć zaspokajaniu potrzeb własnych rolników, a zamienił się w czarny rynek handlu mięsem i jego przetworami. Proceder przybiera na sile, zagrażając drobnym producentom oraz sklepom handlującym legalnym towarem.

Od 2005 roku, gdy po przystąpieniu Polski do UE Sejm uchwalił ustawę o produktach pochodzenia zwierzęcego, dostosowującą nasze prawo do przepisów unijnych, ubój gospodarczy był zakazany. Pierwszą wyrwę w tej barierze prawnej utworzyła nowelizacja z 2007 roku, która ponownie dopuszczała ubój na własne potrzeby.
Minister rolnictwa w drodze rozporządzenia określił wymagania weterynaryjne przy produkcji mięsa przeznaczonego na użytek własny. Są one bardzo mało restrykcyjne. W zasadzie każdy hodowca może dokonywać uboju gospodarczego we własnym obejściu, w praktycznie nie kontrolowanych przez nikogo warunkach sanitarnych. W 2010 roku, gdy resort rolnictwa wydał nowe rozporządzenie w sprawie wymogów weterynaryjnych przy produkcji mięsa, ograniczenia prawne dla uboju gospodarczego zostały zniesione.

Jak podkreśla Jacek Leonkiewicz, przewodniczący Komisji ds. Zwalczania Szarej Strefy, działającej w ramach Rady Gospodarki Żywnościowej przy Ministerstwie Rolnictwa, obowiązujące od trzech lat przepisy budzą zastrzeżenia i pośrednio przyczyniają się do funkcjonowania czarnego rynku mięsa i jego przetworów. – Największe obiekcje budzi dopuszczenie możliwości dokonywania uboju zwierząt pochodzących z innych gospodarstw niż to, w którym były hodowane. W praktyce każdy rolnik może kupić zwierzę w dowolnym miejscu w Polsce i dokonać jego uboju na użytek własny – wyjaśnia Leonkiewicz.

Zagrożenie dla producentów i dystrybutorów

Pojęcie „na użytek własny” oczywiście szybko stało się fikcją. Po faktycznym obaleniu barier administracyjnych rynek zalała fala mięsa z uboju gospodarczego. Skalę szarej strefy trudno dokładnie określić. Wiadomo, że jest ogromna i bardzo szybko rośnie. Jedni mówią o milionie ton takiego mięsa i wyrobów rocznie, inni operują milionami sztuk. Słychać też głosy, że chodzi nawet o 30 proc. całego mięsa na rynku.

Zdaniem Rafała Nowaka, dyrektora handlowego hurtowni Panda ze Zgierza koło Łodzi, proceder zagraża mniejszym producentom wędlin. – Masarnie i zakłady wędliniarskie muszą przestrzegać restrykcyjnych przepisów sanitarnych, a to kosztuje. Kontrola sanitarna i weterynaryjna stanowi kolejne obciążenie. Dlatego wyroby produkowane z legalnego mięsa, z zachowaniem norm sanitarnych, muszą być droższe od tego, co sprzedawane jest w ramach „uboju gospodarczego”. Wielu naszych mniejszych kontrahentów mocno odczuwa tę nielegalną konkurencję. Niektórzy obawiają się, że jeśli szara strefa będzie dalej rosnąć, ich funkcjonowanie na rynku może być zagrożone. To problem także dla dystrybutorów, takich jak Panda – martwi się handlowiec.

Uwaga na MOL­‑e

Janusz Rodziewicz, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP zwraca uwagę na tzw. MOL­‑e, jako inne zagrożenie dla małych wytwórców. MOL oznacza w unijnym żargonie „Marginalny – Ograniczony – Lokalny”. Jest to specjalna kategoria producentów rolnych, traktowana łagodniej przez unijne przepisy, na podobnej zasadzie jak producenci tradycyjnych wyrobów regionalnych. – Szacuję, że MOL­‑i może działać w Polsce około tysiąca. Nie podlegają one niektórym wymogom sanitarnym, nie muszą spełniać wyśrubowanych norm unijnych w zakresie higieny produkcji, są więc tańsze i stanowią konkurencję dla zwykłych wędliniarzy. W innych krajach MOL­‑e mają narzucone ścisłe limity, zarówno terytorialne, jak i co do wielkości produkcji. W Polsce ich możliwości sprzedaży są praktycznie nieograniczone, ponieważ dozwolony obszar działania to powiat siedziby oraz powiaty sąsiednie – przekonuje nasz rozmówca.

Co prawda MOL­‑e nie mogą prowadzić uboju mięsa, a surowiec wolno im kupować wyłącznie z profesjonalnych ubojni, ale w praktyce bywa z tym różnie. W branży dość powszechna jest opinia, że to właśnie MOL­‑e, ze względu na powiązania środowiskowe i towarzyskie, a także dzięki obecności na targowiskach wiejskich, mogą stanowić ważną grupę odbiorców surowca z uboju gospodarczego.

Klienci czekają na dostawę

Także sklepy mięsne mają problemy z handlarzami mięsem z uboju gospodarczego. Właściciel placówki w jednej z podłódzkich miejscowości nie kryje złości na nielegalną konkurencję. – Nie tylko mają tańszy towar, bo produkowany w przydomowych masarniach i wędzarniach z nieprzebadanego mięsa, ale do tego jeszcze nie płacą podatków, bo sprzedają bez kas fiskalnych, więc mogą zaoferować klientom cenę niższą nawet o 20­‑30 proc. w porównaniu ze mną. Niedaleko działa duże targowisko, na którym codziennie sprzedaje się setki kilogramów mięsa i wędlin z uboju gospodarczego. Niemal w każdym miasteczku w okolicy są takie miejsca.
Trudno się dziwić, że w tej sytuacji także niektóre oficjalnie działające sklepy handlują mięsem z uboju gospodarczego. Ten sam kupiec relacjonuje: – O umówionej godzinie do sklepu podjeżdża samochód ze świeżą dostawą „ciepłego mięsa”. Tak się czasem określa ten towar, ponieważ wyroby nie są odpowiednio schładzane, jak tego wymaga proces technologiczny. Prosto z ubojni towar ładowany jest na samochód i zawożony do sklepu. Uprzedzeni klienci już czekają na dostawę. Pracownik wnosi kilka czy kilkanaście kontenerów, w sumie ze sto czy dwieście kilogramów – ile wyjdzie z uboju kilku sztuk żywca. Cały towar rozchodzi się w kwadrans. A ja potem przez resztę dnia nie sprzedaję nic...
Konrad Kaszuba

Wiadomości Handlowe, Nr 9 (128) Wrzesień 2013

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.