01.12.2013/12:50

Czas, żeby młodzi przejęli stery

Pokolenie pionierów, którzy na początku lat 90. budowali polski handel detaliczny, zbliża się do emerytury. Do głosu dochodzi młoda generacja. Na naszych oczach powstają pierwsze handlowe „dynastie”. Ale o następców niełatwo.

Współczesny wolnorynkowy handel detaliczny wyrósł w zasadzie na gruzach spółdzielczo­‑państwowego monopolu. Jeśli zatem dziś jakiś kupiec powołuje się na rodzinne tradycje, ma na myśli raczej fakt, że któreś z rodziców pracowało w handlu „uspołecznionym”, względnie prowadziło mały warzywniak lub stragan typu „szczęki” na targowisku. Rodów kupieckich po prostu w Polsce nie ma. Nie ma też firm handlowych o wielopokoleniowym dorobku, o którego zachowanie dbałaby cała rodzina, a przede wszystkim brakuje wypracowanych metod i standardów sukcesji. To wszystko dopiero się tworzy – na naszych oczach.

Dramat braku następcy

W najgorszej sytuacji są ci kupcy, którzy nie mają komu przekazać firmy, co zdarza się niestety dość często. Większą część zawodowego życia poświęcili na prowadzenie sklepu, utrzymywali z niego rodzinę, angażując wszystkie siły. Teraz mają dylemat: sprzedać w obce ręce dorobek życia, czy doczekać emerytury i zwinąć interes? Przed taką decyzją stoi pan Zbigniew, kupiec z podłódzkiego miasteczka: – Córka jedynaczka wyszła za mąż za prawnika, który znalazł dobrą posadę w biurze prawnym sejmu. Ania jest tłumaczką w jednym z urzędów centralnych, od lat mieszkają w Warszawie i już tam zostaną. U mnie ze zdrowiem coraz gorzej, szósty krzyżyk na karku, sił brakuje, a sklep powoli zaczyna podupadać. Szczerze powiedziawszy, już mi się nawet nie chce szarpać, walczyć z marketami. Jeśli znajdę nabywcę, sprzedam interes bez namysłu i będę żył z oszczędności. Jak nie będzie chętnego, popracuję jeszcze kilka lat do emerytury i oddam sklep nawet za grosze – wzrusza ramionami kupiec.
Dlaczego dzieci kupców niezbyt chętnie garną się dziś do handlu? Czasem rozjeżdżają się po świecie lub mają odmienną wizję własnej kariery – wolą pracować w wymarzonym zawodzie lekarza, nauczyciela, inżyniera. Bywa i tak, że obserwując codzienną harówkę rodziców, wolą nawet zarabiać mniej, ale wykonywać spokojną pracę na etacie. Często potencjalny następca, widząc z jakimi trudnościami boryka się sklep, jak niepewna jest jego przyszłość, po prostu obawia się, czy zdoła w przyszłości utrzymać rodzinę z malejących dochodów firmy.

Wykończy go ten sklep

Pewien młody kupiec godzi się na szczerą rozmowę, ale nie chce ujawniać nawet swojego imienia – żeby się ojciec przypadkiem nie domyślił. Opowiada historię, która może, ale nie musi, zakończyć się happy endem. – Miałem plany życiowe, zrobiłem studia, grałem w zespole rockowym, nawet nieźle nam szło. Ale odkąd mama przeszła na rentę, ojciec po prostu przestał dawać sobie radę. Zrozumiałem, że jeśli mu nie pomogę, wykończy go ten sklep. Zacząłem mu bardziej pomagać, z takim założeniem, że dotrwam jakoś do jego emerytury, a potem będę go namawiał, żeby sprzedać firmę. Powoli przejmowałem kolejne obowiązki i – cóż, muszę to przyznać – po jakimś czasie trochę się wciągnąłem. Teraz już nie jestem pewien, czy wszystko sprzedam. W międzyczasie ożeniłem się, pojawiło się dziecko. Czasy nie są łatwe, nie mam pewności, czy moje dawne plany zawodowe da się jeszcze zrealizować, a przecież z czegoś żyć trzeba. Może jednak już zostanę przy tym handlu? – zastanawia się kupiec.

Oni się do tego nie nadają

Kryzys i bezrobocie to ważne czynniki, które wielu młodych skłaniają do przyłączenia się do rodzinnych biznesów, nawet gdy nie jest to spełnienie ich marzeń. Ale czasami nie bardzo się do handlu nadają. Pani Maria, właścicielka sklepu we wschodniej Wielkopolsce, boi się, czy jej dzieci sobie poradzą, gdy przejmą od niej firmę, bo po prostu nie mają do tego smykałki. – Żeby prowadzić sklep, trzeba mieć żyłkę handlowca, kupiecką naturę, która każe targować się o grosz czy dwa. Mam syna i córkę, oboje od dawna pomagali mi w pracy, a od jakiegoś czasu próbują samodzielnie prowadzić nasz drugi sklep. Niestety, nie za bardzo im to wychodzi – np. ostatnio nakupili jakiegoś majonezu za 1500 zł, bo niby w dobrej cenie. Co z tego, skoro przez pół roku takiej ilości nie sprzedadzą. W dodatku zapłacili gotówką… Zapchali sklep i zablokowali kupę kasy na jeden asortyment. To nie pierwsza taka sytuacja – żali się nasza rozmówczyni.

Jestem szczęściarzem

Jednak w wielu przypadkach pionierzy polskiego detalu znajdują w dzieciach godnych następców. Dzieje się tak, gdy młodsze pokolenie od wczesnej młodości pomagało rodzicom w sklepach i wyrobiło w sobie przysłowiową żyłkę handlowca. Szansa na sukcesję zwiększa się, gdy rodzina ma kilka czy kilkanaście sklepów, a młodzi widzą się w roli menedżerów zarządzających przedsiębiorstwem, a nie sklepikarzy stojących za ladą. Dwa przykłady prezentujemy w ramkach.

W handlu, jak w życiu, znaleźć można całe spektrum postaw i okoliczności. Zdarzają się więc również sytuacje, gdy młode pokolenie dorównuje, a czasem nawet przewyższa talentem, rozmachem i umiejętnościami rodziców. Takim przykładem są bracia Mateusz i Łukasz Ostrowscy, prowadzący w Lublińcu market Profit. Już po kilku latach kupieckiej kariery osiągnęli sukces, zdobywając ze swoim sklepem tytuł Marketu Roku 2013.

Mały prestiż, duża niepewność

Ważna przyczyna dość powszechnej niechęci młodego pokolenia do przejmowania rodzinnych biznesów handlowych tkwi w relatywnie niskim prestiżu zawodu handlowca oraz niepewnej przyszłości małych sklepów osiedlowych. Z analiz dr Urszuli Kłosiewicz­‑Góreckiej, prof. Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur wynika, że wśród młodzieży praca w handlu uważana jest za niezbyt atrakcyjną. Wielu młodych ludzi postrzega zawód handlowca jako zajęcie mało interesujące: nieciekawe, monotonne, nisko płatne, wymagające wysiłku fizycznego i pełnej dyspozycyjności. Młodzi skarżą się też na brak interesujących perspektyw awansu zawodowego. Ponadto, pracownik handlu detalicznego nie cieszy się zbyt dużym prestiżem społecznym. – Nasze badania dotyczyły sytuacji na rynku pracy w sferze handlu, jednak wnioski z nich płynące można w dużym stopniu odnosić także do młodych kupców, którzy mają przed sobą perspektywę przejęcia sklepu od rodziców. Szczególnie bowiem w przypadku mniejszych placówek codzienne obowiązki właścicieli niewiele różnią się od pracy ekspedienta czy kasjera. Ich status materialny jest zapewne wyższy niż w przypadku pracowników najemnych, co jednak wiąże się z koniecznością ponoszenia ryzyka finansowego i niepewną przyszłością. Dlatego, w oczach wielu młodych kupców, perspektywa pracy we własnym sklepie bywa mało atrakcyjna, a właściciele małych firm handlowych mają trudności ze znalezieniem następców do prowadzonego biznesu – mówi Urszula Kłosiewicz­‑Górecka.

Z kolei raport opracowany na zlecenie Makro przez prof. Teresę Słaby i prof. Annę Dąbrowską ze Szkoły Głównej Handlowej wynika, że właściciele małych sklepów osiedlowych postrzegają przyszłość swoich biznesów jako niepewną i wskazują na liczne bariery zagrażające ich egzystencji. – 57 proc. ankietowanych za utrudnienie w prowadzeniu działalności handlowej uznało bliskość sklepów wielkopowierzchniowych, a jedna trzecia także sąsiedztwo innych placówek osiedlowych. Aż 60 proc. kupców wskazuje na zbyt duże zagęszczenie małych sklepów osiedlowych i widzi potrzebę działań zapobiegających ich nadmiernej koncentracji. W naszym raporcie wskazujemy co prawda na liczne zalety małych placówek i szanse ich pomyślnego funkcjonowania, jednak, wobec wielu zagrożeń i niepewnej przyszłości, nietrudno zrozumieć dylematy młodego pokolenia i obawy przed przejmowaniem biznesów od rodziców. Warto jednak podkreślić, że ci młodzi ludzie, którzy mimo wszystko zdecydowali się kontynuować to, co zaczęli ich rodzice, a czasami i dziadkowie, są często dobrze wykształceni, mają wiedzę z zakresu marketingu, zachowań konsumentów, finansów czy prawa, co niewątpliwie pomaga w prowadzaniu biz­nesu i poszukiwaniu nowych rozwiązań – tłumaczy prof. Dąbrowska.





Pełnoprawny członek rodzinnego „zarządu”

Szczepaniakowie prowadzą mikrosieć pięciu sklepów w Głownie i Strykowie w pobliżu Łodzi. W planach jest szósty. Firmie nadal szefuje pan Piotr. Od wielu lat pomaga mu żona Bożena, z zawodu nauczycielka. Bardzo lubiła swoją pracę, gdy jednak przedsiębiorstwo się rozrosło, aktywnie włączyła się do zarządzania. Ich 26­‑letni syn Łukasz „od zawsze” wiedział, że będzie kupcem. Zaczynał od układania towaru na półkach, obserwował pracę sklepu, uczył się i stopniowo wdrażał do kolejnych czynności. Kierunek studiów – informatyka w zarządzaniu – wybrał już pod kątem przydatności w pracy. Obecnie jest pełnoprawnym członkiem zgranego rodzinnego „zarządu”. – Zaczynałem sam, ale w miarę rozwoju firmy wszyscy musieli się zaangażować – opowiada pan Piotr. – Żona odpowiada za niektóre kategorie towarowe i nadzoruje część prac ogólnych. Łukasz stopniowo staje się głównym menadżerem, chociaż w naszym przypadku trudno mówić o jakimś sztywnym podziale obowiązków. Tworzymy zespół zgodnie współpracujący i uzupełniający się. Prowadzenie firmy handlowej to zajęcie całodobowe, niezwykle absorbujące. Nawet w domu, przy rodzinnym obiedzie, nie udaje nam się uniknąć rozmów o pracy. Na szczęście domowe narady mają konstruktywny charakter. Kluczowe decyzje podejmujemy jednogłośnie – uśmiecha się kupiec.
– Dla mnie chyba najtrudniejszym zadaniem było wyrobienie w sobie systematyczności, konsekwencji oraz wytrwałości – opowiada Łukasz. I dodaje: – Prowadzenie sklepu oznacza podejmowanie każdego dnia setek drobnych decyzji, wykonywanie mnóstwa powtarzalnych działań. Przykładowo, dzisiaj tylko do jednego sklepu weszło 16 palet towaru, a każda pozycja asortymentowa wymaga wykonania nawet do dziewięciu różnych czynności. To nie jest proste kup­‑sprzedaj. Jeden karton papierosów ma wartość ponad 3000 zł. Błąd może słono kosztować, dlatego dla mnie kluczowymi kwestiami są odpowiednia komunikacja i obieg informacji.
Jak chętnie przyznaje pan Piotr, kompetencje i wiedza Łukasza szybko rosły i dziś jest on już wytrawnym handlowcem: – Najbardziej jestem dumny z tego, że widzę w synu poczucie odpowiedzialności za firmę, za pracowników, za nasz wspólny dorobek. Mam godnego następcę.





Informatyk daje sklepowi przewagę

Rodzina Dudzińskich prowadzi dwa wiejskie sklepy w zachodniej części woj. łódzkiego. Planuje otwarcie trzeciej placówki. Szefową firmy jest pani Barbara, która z handlem związała się 25 lat temu. W pracy od lat pomaga jej mąż Jan oraz dwóch synów: 33­‑letni Krzysztof i 31­‑letni Błażej. Następcą pani Barbary najpewniej zostanie Krzysztof. – Krzysiek pomagał od zawsze, już w ósmej klasie podstawówki sam sprzedawał, układał towar na półkach, sprzątał. Od dawna było wiadomo, że będzie pracował w sklepie. Z zamiłowania i wykształcenia jest informatykiem, dzięki czemu wszelkie nowinki w tej dziedzinie – program magazynowo­‑księgowy, płatności kartą, lottomat, monitoring – zawsze mieliśmy jako pierwsi w okolicy. Obecnie syn współzarządza firmą, dzielimy obowiązki i kompetencje, w wielu sprawach współpracujemy, ale np. wyłącznie do mnie należy prowadzenie kwiaciarni, sprawy kadrowe czy regulowanie płatności za media, podatki itp. Natomiast syn samodzielnie zarządza elektroniką i wyposażeniem technicznym a także odpowiada za większość zamówień i dostaw – opowiada pani Basia.

– To prawda, że zawsze lubiłem pracę w sklepie. Ale wcale nie było przesądzone, że tym się będę w życiu zajmował. Podczas studiów mogłem przecież zaczepić się w Łodzi. Poza tym trenowałem wyczynowo piłkę ręczną, grałem w łódzkiej Anilanie, w czasie gdy weszła do I ligi, miałem propozycję gry w Niemczech. Ostatecznie jednak zostałem w firmie i tutaj widzę swoją przyszłość. Również Edyta, moja żona, pomaga w sklepie i lubi to zajęcie – mówi Krzysztof Dudziński.

Młodszy syn Błażej, wraz z żoną Magdą, też uczestniczą w prowadzeniu biznesu. Błażej opiekuje się drugim, mniejszym sklepem, dowozi tam towar, robi zamówienia, rozlicza kasę i drukuje raporty dzienne, czasem sam staje za ladą. Magda wprowadza faktury do systemu i zajmuje się innymi pracami biurowymi. – Oboje są bardzo pomocni, ale nie chcą się wiązać wyłącznie z rodzinnym przedsiębiorstwem, mają inne plany życiowe – wyjaśnia pani Barbara. Błażej jest nauczycielem, to jego pasja i nie chce całkiem zrezygnować z pracy w szkole, więc firmę zapewne przejmie Krzysztof.





Młodzi wolą przedsiębiorstwo, nie jeden sklep

W handlu zbliża się nieuchronnie czas zmiany pokoleń. Ludzie, którzy na starcie gospodarki rynkowej otwierali biznesy, odchodzą na emeryturę. Niestety, ich dzieci – o ile nie wyjechały z kraju – widząc, jak ciężka jest praca w handlu, często nie są zainteresowane przejmowaniem rodzinnego biznesu. Właśnie dlatego namawiamy franczyzobiorców do otwierania kolejnych placówek. Wtedy młodych będzie łatwiej przekonać. Będzie im można powiedzieć: przejmujesz nie jeden sklep, a przedsiębiorstwo handlowe. Nie będziesz stał od świtu do zmroku za ladą, tylko zarządzał firmą. Z doświadczeń naszych franczyzobiorców wiem, że to działa.





Konrad Kaszuba

Wiadomości Handlowe, Nr 11-12 (130) Listopad - Grudzień 2013

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.