18.02.2013/11:01

Czy wycofanie najdrobniejszych monet będzie korzystne dla handlu?

W styczniu Narodowy Bank Polski poinformował o planach wycofania z obiegu w ciągu kilku lat monet o nominale jeden i dwa grosze. Pomysł podyktowany jest oszczędnościami – wyprodukowanie jednogroszówki kosztuje bowiem aż 5 groszy, a dwugroszówki – 6. Ceny w sklepach mają być zaokrąglane. Czy taka zmiana jest korzystna dla handlu?

ZA

Na pewno ta zmiana uprościłaby detalistom życie, bo banki niezbyt chętnie rozmieniają pieniądze i każą sobie za to jeszcze płacić prowizję. Kłopot w tym, że my patrzymy na sprawę inaczej niż klienci. Podejrzewam, że kupujący będą chcieli, by ceny zaokrąglać zawsze w dół, na ich korzyść, co może oznaczać dla nas mniejsze marże. A jeśli nie będzie jasno określone, jak zaokrąglać ceny, może dochodzić do kłótni klientów z kasjerkami. Wszystko zależy od człowieka – niektórzy czekają aż wyda się im jeden grosik, nawet się o niego dopominając, a inni od razu dziękują za resztę. Wbrew pozorom, tych jednogroszówek często nie biorą osoby starsze, którym przypisuje się przesadną oszczędność.
Dla mojego sklepu wycofanie monet o najniższych nominałach nie będzie problemem, bo staramy się nie stosować cen kończących się na 99. Mam grupę stałych klientów, którzy nie lubią kupować w hipermarketach, a takie końcówki za bardzo im się z wielkopowierzchniowymi sklepami kojarzą. Dlatego usiłuję mieć ceny kończące się na 95 gr.
Plany NBP postrzegam jako dobre posunięcie także ze względów ekonomicznych, bo każdy rok funkcjonowania monet jedno- i dwugroszowych w obiegu oznacza dla banku centralnego straty. Na początku ta zmiana z pewnością skomplikuje naszą działalność, jak każda wdrażana nowość, ale po pewnym czasie przyjmie się, a ludzie przywykną do zaokrąglania cen. Przeżyliśmy denominację, to i z tym sobie poradzimy. Jeśli konsumenci i instytucje podejdą do tematu poważnie, wszystko pójdzie dobrze, a detaliści skorzystają.





PRZECIW

Proponowane rozwiązanie, mimo swoich niewątpliwych zalet, ma dwie bardzo poważne wady. Chodzi o mechanizm przerzucania kosztów operacji na rynek, czyli na konsumenta lub na biznes. Faktycznie zostanie odciążony budżet, ale uśrednianie cen spowoduje czyjąś stratę – handlu przy zaokrąglaniu w dół lub konsumenta przy zaokrąglaniu w górę. Nie jest w porządku, byśmy wszyscy płacili za obniżenie kosztów działalności Narodowego Banku Polskiego, który obraca setkami miliardów złotych i czerpie z tego profity. Zwłaszcza, że z gospodarczego punktu widzenia sprawa nie należy do priorytetowych. Kłopotliwy jest również prawny aspekt przedsięwzięcia. Rozwiązanie proponowane przez NBP może naruszyć ustawę o cenach. Ten sam towar zakupiony przy użyciu karty będzie kosztował tyle, co na cenówce, ale nie tyle samo, co w momencie zapłaty gotówką. To de facto uprzywilejowanie jednej z metod płatności. I skoro dla dobra handlu powszechnie zwalcza się surcharging, czyli dodatkowe opłaty związane z obrotem gotówki, czemu NBP sam chce ją wprowadzić. Gdyby w podobny sposób postąpiła jakąś prywatna firma, byłaby ścigana i ukarana. Gdzie w tym logika? Ponadto, proponowane zmiany mogą utrudnić promowanie sprzedawanych artykułów. Oczywiście nie chodzi o same kwoty, bo w skali roku klient dopłaci 1-2 zł, ale o psychologiczny efekt końcówek zakończonych na 99 gr, powszechnie wykorzystywany w sklepach wielkopowierzchniowych.

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.