01.12.2013/12:34

Tak kradną zawodowcy

„Absurd”, „strzał w kolano”, „paranoja” – tak detaliści komentują podniesienie z 250 do 400 zł progu, od którego kradzież będzie przestępstwem. Handel zmaga się z plagą złodziejstwa, a kontrowersyjna zmiana przepisów tylko zwiększy skalę problemu. Co najczęściej pada łupem złodziei i w jaki sposób jest wynoszone ze sklepu?

Kradzieże były, są i zawsze będą częścią handlu. Nie da się ich wyeliminować, można co najwyżej ograniczyć ich skalę, odpowiednio się zabezpieczając – twierdzi detalista prowadzący sklep Odido w Poznaniu. Jednak nawet najwymyślniejsze zabezpieczenia można obejść, a pomysłowość złodziei wydaje się nie mieć granic.

Na bandytkę

„Okazja czyni złodzieja” to przysłowie wyjątkowo prawdziwe w przypadku klientów sklepu spożywczego. – Kiedyś na salę sprzedaży wszedł mężczyzna i zobaczył, że wszystkie ekspedientki są „na sklepie”. Otworzył kasę, wziął pieniądze – w sumie 2000 zł – i po prostu wyszedł. Sprawdziłem później na monitoringu, zajęło mu to zaledwie 12 sekund – opowiada nasz rozmówca z Poznania. To przykład zuchwałej kradzieży, te typowe z reguły wyglądają inaczej. – Sytuacje, gdy np. kilku osiłków wpada do sklepu, bierze zgrzewkę piwa albo butelkę wódki, po czym wychodzi bez płacenia, nazywam akcjami „na bandytkę” – opisuje detalista prowadzący dwustumetrowy Top Market na stołecznym Mokotowie.

– Piwo to jedna z trzech rzeczy w sklepie spożywczym, którą złodzieje upodobali sobie najbardziej – przyznaje Robert Adamski, odpowiadający za layout sklepów Odido. I opisuje: – Często bywa kradzione na tzw. wymianę. Klient stawia na ladzie 4­‑5 butelek, po czym idzie do lodówki i „dla wygody” wkłada piwo już do torby lub plecaka zamiast do koszyka. Ponieważ w tym momencie zasłania lodówkę ciałem, ekspedienta nie zauważy pewnie, że wziął o 2­‑3 butelki więcej.

Detalista z Poznania opowiada, że złodzieje w jego sklepie szczególnie upodobali sobie marki Żubr i Tyskie: – Dwa lata temu straty na piwie wyniosły ponad 20 000 zł. W ciągu roku nieuczciwi klienci ukradli m.in. 2400 puszek Żubra i Tyskiego – to się w głowie nie mieści!

Za pazuchę i na bazarek

Według Roberta Adamskiego, oprócz piwa, często ze sklepowych półek znikają drogie kawy oraz słodycze premium, głównie czekolady. Właściciel mokotowskiego Top Marketu z notorycznymi kradzieżami miał tak duży problem, że w końcu zrezygnował ze słodyczy Lindt. – Były częściej kradzione niż kupowane – tłumaczy. Droższa kawa i słodycze padają często łupem recydywistów. – Ktoś „zwinie” u mnie kawę za 25 zł, a potem błyskawicznie spienięża ją za pół ceny na pobliskim bazarze, gdzie nie brak handlarzy sprzedających na dziko – opisuje nasz rozmówca z Warszawy. Jego zdaniem dla niektórych kradzieże w sklepach to sposób na życie: – Zauważam wzrost aktywności złodziei przed świętami, sylwestrem i wakacjami. Widocznie oni też chcą mieć święta na bogato lub wyjechać na urlop... W swoim sklepie miesięcznie zatrzymuje na gorącym uczynku kilka osób. – Myślę, że udaje mi się złapać zaledwie co dziesiątego złodzieja. Rocznie tracę przez nich kilka tysięcy złotych – szacuje detalista.

Kiełbasa do kieszeni

Spora grupa kradzieży dotyczy konsumpcji produktów na sali sprzedaży. W ten sposób najczęściej znikają słodycze, przekąski, wędliny na wagę, a w upalne dni również napoje. – Kiedyś na moich oczach klient zaczął pałaszować kiełbasę. Niedojedzone resztki chciał schować pod kurtką – wspomina właściciel poznańskiego Odido. To jedne z najpowszechniejszych typów kradzieży. – Gdy jest ciepło, mam wystawkę warzyw na zewnątrz sklepu, żeby przyciągać klientów. Niestety ona przyciąga nie tylko kupujących. Pewnego razu do skrzynek podjechał dystyngowany pan na rowerze. Zapakował pomidory do koszyka i odjechał – opowiada poznaniak. Zdarza się, że złodzieje przepakowują produkty na wagę w inne opakowania. – Kiedyś znalazłem w sklepie rozerwany woreczek foliowy, w który zapakowany był oryginalnie kilogram łopatki z kurczaka. Złodziej musiał być przygotowany i dobrze wiedzieć, po co przyszedł – mówi detalista z Warszawy.

Po mszy „na łowy” do sklepu

– Chemia, szampony, kremy, płyny do mycia naczyń, proszki. Złodziej potrafi wynieść wszystko – ocenia właściciel Odido. To stereotyp, że kradną głównie ogolone na łyso osiłki, bezdomni albo amatorzy tanich win. – Raz przyłapałem starszą panią na chowaniu do torebki Nutelli. Twierdziła, że to dla wnuczka – opowiada właściciel stołecznego Top Marketu. Nie dziwi to naszego rozmówcy z Wielkopolski: – Faktycznie częściej kradną mężczyźni, ale kobiety niewiele im ustępują. I to jakie – łapałem już matki wpychające produkty do wózka, pod kołderkę, gdzie leżało dziecko oraz elegancko ubrane panie, jak z żurnala.

Nie ma czegoś takiego, jak profil złodzieja. To może być i starsza, i bardzo młoda osoba. – Ostatnio złapaliśmy 83­‑letniego emeryta. Ludzie potrafią przyjść „na łowy” do sklepu prosto po mszy w kościele. Wygląd czy ubiór złodziei też jest przeróżny – opowiada szef ochrony jednej z regionalnych sieci sklepów spożywczych.

Niektórych to podnieca

Nasz czytelnik, prowadzący niewielką samoobsługową placówkę handlową na południu Polski, zmagał się z falą kradzieży. Ponieważ sklep działa w okolicach zjazdu z autostrady i większość kupujących stanowią przejezdni, uważał, że to ich wina. Gdy jednak zamontował w drugim końcu sali sprzedaży dyskretne lustro, natychmiast złapał złodzieja. – Byłem w szoku. Okazało się, że to jeden z moich znajomych, stały klient kupujący u mnie od lat – opowiada. – Na takich delikwentów mam osobny budżet. Zresztą nie tylko ja. Jeden z moich regularnych klientów robi średnio zakupy za ponad 200 zł. Ale przy okazji lubi coś schować do kieszeni. Nie wiem, może go to podnieca. Nie chodzi o wartościowe towary, więc przymykam oko na cały proceder, żeby nie stracić klienta – opisuje warszawiak.

Dobrze zorganizowani pracują w zespole

Osoby parające się regularnymi kradzieżami łatwo rozpoznać. – Do przepychanek dochodzi z okazjonalnymi złodziejami. Ci profesjonalni, przyłapani na gorącym uczynku, spokojnie czekają na przyjazd policji. Nie robią żadnych problemów, bo wiedzą, że użycie siły to już nie wykroczenie, ale rozbój – ocenia właściciel Top Marketu. Zawodowcy lubią pracować parami. – Jeden odciąga uwagę ekspedientki albo ochroniarza, podczas gdy drugi zajmuje się czyszczeniem półek – mówi pan Robert z Makro. Bywa, że złodziei jest więcej. – Mieliśmy przypadek trójki osób wchodzących do sklepu oddzielnie. Dwie wypakowywały plecak produktami, a następnie przekazywały go trzeciej, która robiła normalne zakupy i nie budziła niczyich podejrzeń. Prawie udało się jej wyjść z tym plecakiem – wspomina szef ochrony regionalnej sieci spożywczej.

– Złapałem kiedyś parę młodych rodziców. Mama zaczęła bujać dziecko w wózku w takim miejscu, że całkowicie zagrodziła wejście do alejki. A tata w głębi pakował rzeczy do torby – opowiada detalista z Warszawy. Tego typu złodzieje przychodzą do sklepu w spodniach z dodatkowymi kieszeniami, albo mają na sobie dwie pary i zawiązują nogawki wewnętrznych spodni, by móc do nich swobodnie wrzucać rzeczy. Jesień i zima, gdy nosi się grube, ciepłe ubrania, to okres sprzyjający działalności takich delikwentów.

Gościnne występy

Zdarzają się złodzieje, którzy kradną jednorazowo i więcej w dany rejon nie wracają. – Takie gościnne występy przeżyliśmy już na naszym osiedlu trzy razy. Grupa odwiedzała po kolei wszystkie sklepy. Nauczyliśmy się z tym walczyć – jak zobaczymy coś podejrzanego, to dzwonimy i nawzajem się ostrzegamy – opowiada detalista z Poznania. Choć, jak przyznaje, raz dał się w ten sposób okraść. – Cyganka z dziećmi wyłożyła na ladę sporo towaru i dała kasjerce dwustuzłotowy banknot. Po chwili stwierdziła, że to jej ostatnie pieniądze i jednak rezygnuje z zakupów. Ekspedientka oddała jej pieniądze i zaczęła sprzątać towar. A kobieta w lament, że jednak musi kupić jedzenie, bo jest głodna. Dała pieniądze, zaczęła pakować towar, ale za chwilę znów się rozmyśliła. Sytuacja powtórzyła się kilka razy. Ostatecznie oszustka zniknęła z towarem, dwustuzłotowym banknotem, który niepostrzeżenie zabrała kasjerce, i kilkudziesięcioma złotymi reszty. Byłem pod wrażeniem jej zręczności – opowiada poznaniak.

Samoobsługowe kasy kuszą złodziei

Ochroniarz pracujący w stołecznym hipermarkecie znanej sieci opowiada nam z kolei o przypadkach przeklejania metek na artykułach przemysłowych. – Najczęściej z małej i tańszej rzeczy na większą i droższą tego samego rodzaju. Zdarzają się też próby ukrywania części towaru. Zrywa się z kwiatka cenę, wkłada go w doniczkę ceramiczną za kilkadziesiąt złotych i kupuje taki „zestaw” za połowę wartości – opisuje nasz rozmówca. Podmienione metki można również wykorzystać do oszukania osoby nadzorującej kasy samoobsługowe. – Taką rzecz skanuje się na koniec. Waga kasy jest czuła, więc wykryje różnicę w gramaturze, ale w tym momencie klient stawia na wagę koszyk i woła obsługę. Ta przychodzi, odblokowuje system i tłumaczy, że blokadę włączył koszyk. Złodziej płaci, zabiera rzeczy i wychodzi – mówi ochroniarz. Jego zdaniem kasy samoobsługowe są dość podatne na róże zabiegi nieuczciwych klientów. Inny sposób polega na używaniu karty płatniczej, której data ważności już minęła. – Klient skanuje produkty, po czym płaci kartą. Nim system nawiąże połączenie i wyświetli odmowę transakcji, może minąć nawet minuta. W tym czasie złodziej zdąży już zniknąć. A przyłapany wytłumaczy, że spieszyło mu się i dlatego nie czekał na paragon. Oczywiście „nie zauważył”, że karta jest przeterminowana – opisuje ochroniarz.

W tym numerze opisaliśmy, ku przestrodze, różne metody wykorzystywane przez złodziei w sklepach. Za miesiąc doradzimy, jakie rozwiązania i zachowania personelu pomogą walczyć z tą plagą.

Sebastian Szczepaniak

Wiadomości Handlowe, Nr 11-12 (130) Listopad - Grudzień 2013

Dodaj komentarz

0 komentarzy

Zostaw komentarz

Portal Wiadomoscihandlowe.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.