24.02.2026 / 06:03
StoryEditor

Światło pośród ciemności. Ukraińscy pracownicy handlu opowiadają swoje historie

Stacja OKKO w Konstantynówce - bastion, miejsce spotkań i siły dla wojskowych (fot. Oleh Petrasiuk)

Równo cztery lata temu rozpoczął się nowy, pełnoskalowy etap wojny, jaką Rosja toczy z Ukrainą od 12 lat. W tym dniu oddajemy głos Ukraińcom, którzy zechcieli opowiedzieć nam swoje historie - o tym, jak ich codzienna praca przekształciła się w służbę, o poświęceniu, ofierze, odwadze, wytrwałości i o małych gestach, które miały wielkie znaczenie. O bólu i stracie; o tym, co przeżywali 24 lutego 2022 r. i co przeżywają dziś. Ale także o nadziei.

Publikowane przez nas opowieści są historiami zwykłych ludzi - pracowników różnego szczebla z branży handlowej - którzy pewnego dnia obudzili się w nowej, przygnębiającej rzeczywistości. Wspólnym mianownikiem tych historii jest jednak nie tylko wojna, ale także: działanie. To opowieści o ludziach, którzy, skonfrontowani ze złem, nie pogrążyli się w rozpaczy, lecz chcieli działać - i zrobili coś dobrego. Dla jednych było to zadbanie, aby sklepy pozostały otwarte i aby było czym nakarmić ludzi i zwierzęta. Dla innych - zaangażowanie się w rozmaite formy wolontariatu na rzecz społeczeństwa i we wspieranie armii. 

Każda z tych historii jest inna, a zarazem we wszystkich jest coś podobnego do pozostałych. Pojawiają się w nich: szlachetność, człowieczeństwo, troska o los innych, poczucie wspólnoty i niesamowita kreatywność w sytuacji zagrożenia egzystencjalnego. W opowieściach tych widać, że odpowiedzialność potrafi być silniejsza niż strach, a praca staje się służbą dla innych i swego rodzaju kotwicą normalności.

Bohaterami tych historii są ludzie, którym nie było wszystko jedno. W czasie, gdy zachodnie społeczeństwa coraz częściej deklarują "zmęczenie" wojną, która ich nie dotyka i stają się obojętne, jest szczególnie ważne, by takie opowieści zostały spisane - i aby wybrzmiały.

Za podzielenie się historiami dziękujemy sieciom i firmom: Podorożnyk, Okko, EVA, Silpo, MasterZoo, Epicentr, Ukrnafta. Komentarze udało nam się zdobyć dzięki pomocy Retail Association of Ukraine (RAU), którego przedstawiciele także wybrali historię, którą zechcieli się podzielić z naszymi Czytelnikami.

(większość śródtytułów pochodzi od redakcji, pozostałe - od autorów komentarzy)

image

Handel spożywczy w cieniu wojny. Oto co zobaczyliśmy w Ukrainie

Podorożnyk

Sieć aptek Podorożnyk jest największą siecią w Ukrainie, liczącą ponad 2,3 tys. placówek w mniejszych i większych miejscowościach. Firma działa na rynku farmaceutycznym od 26 lat, a w tym czasie z jej usług skorzystało ponad 23 miliony Ukraińców. Podorożnyk zatrudnia przeszło 12,5 tys. pracowników. Sieć aktywnie angażuje się w działalność charytatywną: wspiera Siły Zbrojne Ukrainy, współpracuje z fundacjami oraz wolontariuszami, a także inwestuje w rozwój sportu, nauki i edukacji farmaceutycznej.

Służba wymaga miłości

Sieć aptek Podorożnyk jest zawsze blisko – w miastach, na wsiach i w najtrudniejszych chwilach. A stoją za tym konkretni ludzie. Jedną z nich jest farmaceutka Tetiana Maksymuk, która od pierwszych dni inwazji przekazywała apteczki na front i osobiście dowoziła niezbędne leki do przyfrontowych wsi, a po odniesieniu ciężkiego urazu dalej pomaga wojskowym oraz swojemu ojcu, który służy w Siłach Obronnych.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Tetiana Maksymuk, farmaceutka w sieci aptek Podorożnyk
FOTO: Podorożnyk

24 lutego 2022 r. Tetiana Maksymuk, farmaceutka w sieci aptek Podorożnyk, nie odczuwała paniki. Zrobiła to, co potrafiła najlepiej: otworzyła drzwi apteki dla ludzi, którzy potrzebowali leków i spokoju.

– Doskonale wiedziałam, co powinnam robić – wspomina Tetiana. – Byłam wolontariuszką jeszcze przed pełnoskalową inwazją. Po prostu wybrałam niszę, w której czuję się najmocniejsza: farmację – dodaje.

Pierwsze tygodnie wojny były dla niej czasem, kiedy codziennie pakowała apteczki: zarówno taktyczne, jak i pierwszej pomocy. Początkowo leki przekazywała przez wolontariuszy oraz pocztą. Z czasem zaczęła jeździć sama – na front i do trudno dostępnych wsi, dokąd pomoc humanitarna docierała nieregularnie.

Najbardziej zapadł jej w pamięć Salbutamol.

– Skupowałam go i woziłam do wiosek, bo bez leków na astmę oskrzelową ci ludzie po prostu nie mieliby szans. Kiedy trzymasz w dłoniach preparat, od którego dosłownie zależy czyjś oddech, zaczynasz zupełnie inaczej patrzeć na swój zawód – mówi Tetiana.

Z czasem pomoc przerodziła się w kompletne wyposażanie w medykamenty samochodów do ewakuacji medycznej oraz całych oddziałów. Tetiana samodzielnie zbierała fundusze poprzez swój profil na Instagramie, współpracowała z fundacjami charytatywnymi i odpowiadała na pilne zapotrzebowania zgłaszane przez wojsko.

Jedna z jej wypraw na front skończyła się tragicznie - w wyniku odniesionego urazu Tetiana straciła wzrok i musiała przejść długotrwałą rehabilitację. Jednak nawet po tak ciężkiej traumie nie straciła tego, co najważniejsze - wewnętrznej siły. Pozostała w zawodzie i dziś pomaga innym farmaceutom w rozwoju, szkoli ich i wspiera zespoły. Jej droga to przykład niezłomności w codziennej służbie dla ludzi.

– Jest dla mnie cenne, by dalej robić to, co mogę, tam, gdzie jestem. To moja życiowa zasada. Zapewne właśnie dlatego wybrałam farmację. Farmacja to bowiem absolutna i bezwarunkowa służba ludziom, a służba wymaga miłości – podkreśla Tetiana.

Dziś nadal zajmuje się wolontariatem, odpowiadając na najróżniejsze zapotrzebowania, nie tylko te dotyczące leków. Wojna dotknęła jej rodzinę bezpośrednio, jej ojciec służy w Siłach Obronnych Ukrainy. Jedną z najbardziej poruszających była dla niej zbiórka na samochód dla jednostki taty. – To była zbiórka, o której powodzenie drżałam najbardziej w życiu – mówi Tetiana.

Historia Tetiany nie jest jedyną w Podorożnyku. Od 2022 r. w szeregi Sił Obronnych Ukrainy wstąpiło ponad 60 pracowników sieci, a niemal 80 proc. zespołu ma w wojsku kogoś z najbliższej rodziny.

Te liczby to więcej niż tylko sucha statystyka. Nie każdy mówi publicznie o sprawach osobistych. Liczby te świadczą jednak o tym, co oczywiste: wojna stała się osobistą historią dla znacznej części zespołu. W okresach blackoutów, ostrzałów i paraliżu logistycznego apteki sieci pozostawały otwarte tak długo, jak tylko pozwalało na to bezpieczeństwo. Bo dla wielu ludzi apteka stała się namiastką stabilizacji - miejscem, w którym można otrzymać nie tylko leki, ale i wsparcie.

Historia Tetiany Maksymuk to opowieść o zawodzie, który w czasie wojny zmienia się w formę służby. I o ludziach, którzy nawet po wielkich stratach nadal robią to, co mogą - tam, gdzie są.

OKKO

OKKO to jedna z największych sieci stacji paliw (AZK) w Ukrainie, wchodząca w skład OKKO Group. Sieć liczy ponad 400 obiektów, które oferują głównie importowane paliwo w standardzie EURO 5, a jej oferta obejmuje również restauracje, sklepy oraz szeroki wachlarz usług dodatkowych.

Jak zespół OKKO w Konstantynówce wytrwał...

W lutym 2022 roku życie milionów Ukraińców zmieniło się na zawsze. Od pierwszych dni pełnoskalowej inwazji firma OKKO mierzyła się z bezprecedensowymi wyzwaniami. Jednak zamiast wstrzymać działalność, nasz zespół zmobilizował się, stając się niezawodnym bastionem wsparcia. Dwie stacje paliw nie tylko stały się legendami w Konstantynówce, ale i symbolem niezłomności dla całego kraju.

 

 

Od kompleksu stacji paliw OKKO DN 11 w Konstantynówce do Bachmutu było około 20 kilometrów. Dalej nie było już żadnych stacji. Ataki na linię frontu słychać było tutaj nawet bez wsłuchiwania się – czasem po kilka razy dziennie. Mimo to w mieście nadal działały dwa obiekty sieci: DN 11 oraz DN 4. Dla firmy były to obiekty podwyższonego ryzyka. Dla mieszkańców, żołnierzy, wolontariuszy i medyków – ostatni punkt oparcia.

W 2022 r., gdy występowały krytyczne przerwy w dostawach, półki zapełniano dosłownie "końmi i jeleniami" – jak żartowano w zespole. Towary przewożono z Dniepra i Pawłohradu, dogadywano się z wolontariuszami, wojskiem i załogami karetek. Samochody załadowywano tak, że drzwi ledwo się domykały. Była to codzienna improwizacja, by w przyfrontowym mieście nie zabrakło paliwa i światła.

Stacja DN 11 nie została zamknięta w pierwszych dniach pełnoskalowej wojny. Każdego dnia na zmianę przychodziły te same osoby: zaopatrzeniowcy, operatorzy, młodsi operatorzy, sprzątaczki – ludzie, którzy doskonale rozumieli, że ich praca tutaj to nie tylko obsługa klienta, lecz coś o wiele ważniejszego.

Od pierwszych dni ostrzały stały się częścią codzienności. W stację DN 11 trafiono trzy razy. Pierwszy raz – latem 2022 roku, wtedy uszkodzono jedynie elewację. Zimą tego samego roku było poważniej: odłamki zniszczyły sufit, a pewnego razu pocisk z ładunkiem 300–400 kg przebił dach i spadł tuż przed kasą. Stało się to w nocy, więc nikt nie ucierpiał.

"Stacje były właściwie całkowicie zasypane ziemią, a ludzie przychodzili wszyscy jak jeden mąż i sprzątali je. Cały czas dbali o nie jak o własny dom. To było dla nich coś więcej niż miejsce pracy – to był ich dom, ich rodzina, i nie jest to przesada, bo taki poziom solidarności trudno sobie wyobrazić" – mówi Olena Woroszyło, dyrektorka operacyjna sieci OKKO.

Ostatni raz stacja DN 11 została trafiona latem 2024 roku. To właśnie to uderzenie niemal całkowicie zniszczyło kompleks. Na szczęście tego dnia również obyło się bez ofiar.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Przyfrontowa stacja OKKO
FOTO: Oleh Petrasiuk

...i stał się wsparciem w najciemniejszych czasach

Stacja DN 4 po 24 lutego 2022 r. została tymczasowo zamknięta ze względów bezpieczeństwa. Jednak w grudniu tego samego roku ponownie ją otwarto – w zasadzie w ciągu jednego dnia.

"Czasami człowiek ogląda się za siebie i myśli: »To stacja paliw czy baza wojskowa?«" – wspominają w zespole.

"To było miejsce spotkań. Wojskowi stale się tam spotykali, jechali na linię frontu przez tę stację i wracali z linii frontu również przez tę stację. I oczywiście miejsce to stało się symboliczne" – mówi Olena Woroszyło.

W tamtym czasie 70-80 proc. klientów w Konstantynówce stanowili żołnierze. To dla nich na przyfrontowych stacjach sieci OKKO prowadzona jest akcja "Ogrzewamy obrońców", w ramach której kawa i hot-dogi rozdawane są bezpłatne. Inicjatywę tę kontynuuje jeszcze 55 stacji sieci, które od marca 2022 r. przygotowały już dla obrońców i obrończyń prawie 11,5 miliona kubków kawy lub herbaty oraz ponad 6,6 miliona hot-dogów (stan na połowę lutego 2026 r.). 

Chodzi o stacje w regionach przyfrontowych, położone w pobliżu linii działań bojowych – w obwodach zaporoskim, dniepropetrowskim, mikołajowskim, sumskim, chersońskim, charkowskim i czernihowskim. Wszystkie koszty poczęstunku dla obrońców sieć pokrywa z własnych środków.

Jeden z wojskowych stworzył naszywkę "OKKOnstacha" i podarował ją zespołowi, nazywając stację symbolem i „miejscem świętym”, od którego dla wielu zaczynały się wojenne historie. Bojowe flagi z podpisami brygad, podziękowania, emblematy – wszystko to przechowywano bezpośrednio na stacji, tuż obok ekspresu do kawy. Niektóre z tych symboli zespołowi udało się uratować.

W maju 2025 r. wrogi dron zniszczył ostatnią stację OKKO w Konstantynówce – tę, którą wojskowi nazywali "forpocztą" i którą zapamiętają najbardziej. Właściwie wystarczyło powiedzieć po prostu: "stacja". Przez ostatni rok było to jedyne miejsce tak blisko linii frontu, w którym można było zatankować samochód.

"Kiedy stacja DN 4 została zniszczona, otrzymaliśmy mnóstwo wiadomości i wpisów ze wsparciem, szczególnie od żołnierzy. Dla nich ta stacja również była częścią ich własnej historii" – opowiada Olena Woroszyło.

W przyfrontowej Konstantynówce OKKO nie było tylko miejscem tankowania paliwa. Był to znak obecności Ukrainy w mieście, które dziś jest niemal całkowicie zniszczone przez wroga. Te same standardy, ten sam serwis, co we Lwowie czy w Kijowie. Światło pośród ciemności. I zespół, który każdego dnia wychodził na zmianę, doskonale rozumiejąc, że jego wytrwałość to również część wysiłku obronnego.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Stacja OKKO w Konstantynówce - bastion, miejsce spotkań i siły dla wojskowych
FOTO: Oleh Petrasiuk

EVA

Drogerie EVA to jedna z największych ukraińskich sieci handlowych, specjalizująca się w produktach do pielęgnacji, urody i domu.

Pełnoskalowa inwazja radykalnie zmieniła życie milionów Ukraińców, które od 24 lutego 2022 r. podzieliło się na "przed" i "po".

Walka o wolność i prawo do przyszłości trwa już cztery lata. Ten czas jest pełen trudnych prób, strat, ale także niezwykłej wytrwałości, jedności i siły ducha wszystkich, którzy przybliżają nasze zwycięstwo.

W tym specjalnym projekcie opowiemy, jak wolontariat stał się nierozłączną częścią życia zespołu EVA. Pracownicy podzielą się własnymi historiami pomocy, wsparcia kolegów oraz inicjatyw charytatywnych firmy, które ich inspirują.

Darowizny - mój plaster przeciwbólowy po śmierci brata

Halyna Lisniak pracuje jako zastępczyni dyrektora ds. rozwoju sieci EVA od 2012 r. Inwazję na pełną skalę zastała w domu: odmówiła wyjazdu za granicę, ponieważ w szeregach Sił Obronnych byli już jej mąż oraz rodzony brat. Praca i wspieranie bliskich stały się jej głównym priorytetem.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Halyna Lisniak, zastępczyni dyrektora ds. rozwoju sieci EVA
FOTO: EVA

Halyna zaangażowała się w wolontariat już w 2014 r., kiedy jej rodzony brat poszedł walczyć jako ochotnik. "Wraz z kolegami reagowaliśmy na prośby i zaspokajaliśmy pilne potrzeby. W kwietniu 2022 r. otworzyliśmy małą fundację RiN (Rozwój i Nieruchomości). Do dziś przekazaliśmy darowizny o wartości około 2 mln hrywien. Kupowaliśmy celowniki termowizyjne, systemy walki elektronicznej (REB), wpłacaliśmy na samochody, naprawy, wspieraliśmy innych wolontariuszy - lista jest długa. Od dziecka nie potrafię przejść obojętnie obok ludzkiej krzywdy, zwłaszcza gdy mogę pomóc. To zapisane w genach. Pomagając Siłom Zbrojnym Ukrainy, dokładam swoją cegiełkę do walki o wolność życia, swobodnego oddychania i bycia gospodarzem na własnej ziemi. Przynajmniej tyle mogę zrobić. W sierpniu 2023 r. zginął mój rodzony brat. Po tym wydarzeniu moje osobiste darowizny wzrosły wielokrotnie. To mój plaster przeciwbólowy, który nakładam na ranę po stracie" - opowiada Halyna Lisniak.

Elastyczność w podejmowaniu decyzji oraz szybka reakcja na zmieniające się okoliczności są kluczowymi zasadami pracy wolontariackiej Halyny. Dobrym przykładem była zbiórka, podczas której w ciągu trzech miesięcy zgromadzono 200 tys. hrywien na system REB (walki elektronicznej). Jednak ze względu na krytyczną sytuację na froncie, priorytety uległy zmianie: ponieważ jednostka straciła pojazd, na którym miało zostać zamontowane urządzenie, środki pilnie przekierowano na zakup samochodu. Obecnie auto to wykonuje już zadania na kierunku donieckim.

Pomimo że strategicznym priorytetem firmy jest wspieranie Sił Obronnych, Halyna znajduje zasoby także na pilne potrzeby humanitarne. W szczególności firma błyskawicznie odpowiedziała na prośbę wynajmującego z Charkowa (centrum handlowe „Nikolski”) o pomoc dzieciom, które zostały osierocone. Sieć zapewniła niemowlętom pieluchy oraz inne niezbędne artykuły, potwierdzając gotowość do niesienia pomocy w najtrudniejszych sytuacjach, nawet poza swoimi głównymi obszarami działania.

"Ważne było również wsparcie naszych pracowników, którzy wstąpili w szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy. Firma nie czekała na prośby – sama wyszła z inicjatywą zapewnienia im kamizelek kuloodpornych i wszystkiego, co niezbędne. Pracuje u nas także były uczestnik operacji antyterrorystycznej (ATO), który z powodu odniesionych ran nie może już walczyć. Kiedy przyszedł do nas bez doświadczenia, ale z wielką chęcią do pracy, dział HR wsparł jego dążenia – dziś jest częścią naszego zespołu" – dodała zastępczyni dyrektora ds. rozwoju sieci sklepów EVA.

Inspirują mnie ludzie, z którymi pracuję

Oleh Swystun, inżynier systemów komputerowych w sieci EVA, pracuje w firmie od sierpnia 2018 r. Pełnoskalową inwazję zastał o godzinie 05:40 w jednym z kijowskich hoteli. "Obudził mnie telefon od kolegi: w stolicy są uderzenia, zaczęła się wojna. Wkrótce stało się jasne, że wybuchy było słychać w wielu miastach Ukrainy, w tym w moim rodzinnym Dnieprze.

image
Oleh Swystun, inżynier systemów komputerowych w sieci EVA
FOTO: EVA

To był dzień niepokoju o bliskich i szukania sposobu, by jak najszybciej dotrzeć do nich z Kijowa. Tliła się nadzieja, że mimo wszystko wytrwamy. Na początku po prostu obserwowałem rozwój wydarzeń. Jednak po tragediach w Mariupolu, Buczy i Irpieniu uświadomiłem sobie: albo idę do wojska, albo pomagam obrońcom. Mój przyjaciel i kolega z pracy zaproponował mi włączenie się w działalność wolontariacką. Tak to się zaczęło – od zbiórek pieniędzy na dyski zewnętrzne, po zakup i przekazywanie wojskowym systemów REB, samochodów, dronów, odzieży, siatek maskujących i wszystkiego, czego potrzebują bohaterowie chroniący nasze bezpieczeństwo" - wspomina Oleh Swystun.

Oleha Swystuna inspirują korporacyjne projekty charytatywne oraz aktywna społeczność wolontariacka wewnątrz sieci EVA. Skupiając się na pomocy konkretnym brygadom, przekazuje wojskowym drukarki 3D i sprawnie realizuje zapotrzebowania na sprzęt. Przykładem może być sytuacja, w której Oleh zakupił z własnych środków samochód, a po błyskawicznej zbiórce wśród ludzi dobrej woli auto zostało w pełni sfinansowane i od dłuższego czasu służy już na froncie. Obecnie wolontariusz zajmuje się dostarczaniem systemów REB dla jednej z kompanii rozpoznawczych.

Według Oleha, do wolontariatu skłania go pragnienie wolności, chęć życia w pokojowej Ukrainie, pracy i cieszenia się życiem. "Pomagam chronić tych, którzy chronią mnie. Czując nasze wsparcie i troskę, chłopaki walczą jak prawdziwe lwy" – dodał specjalista ds. bezpieczeństwa informacji.

Kiedy prywatna inicjatywa staje się wspólną sprawą

Historie Halyny i Oleha to tylko część doświadczeń wielotysięcznego zespołu EVA. Udowadniają one, że odpowiedzialność społeczna nie zaczyna się od strategii korporacyjnych, lecz od osobistego wyboru każdego pracownika, by być użytecznym: od zakupu pierwszych krótkofalówek, po systematyczne zbiórki na systemy walki elektronicznej i pojazdy.

Kiedy prywatne inicjatywy pracowników połączyły się z zasobami ogólnokrajowej sieci, uformowało się systemowe podejście do pomagania. Od początku inwazji na pełną skalę, EVA wraz z klientami i partnerami zrealizowała 30 projektów charytatywnych, przekazując ponad 129 mln hrywien na wsparcie Sił Obronnych oraz cele humanitarne. Około 97 mln hrywien z tej kwoty zainwestowano bezpośrednio w zdolności obronne kraju.

To wsparcie objawia się w konkretnych działaniach: w porę przekazanych kamizelkach kuloodpornych, zapewnieniu paliwa dla schronów, gorących posiłkach dla rannych czy pomocy kolegom, którzy bronią nas na linii frontu. Dla firmy nie jest to zwykła sprawozdawczość – to sposób na bycie częścią społecznego oporu.

Ostatecznie odporność opiera się na ludziach, którzy nie przestają pracować, angażować się w wolontariat i wspierać nawzajem. To właśnie z takich codziennych czynów składa się nasza wspólna droga do zwycięstwa.

Silpo

Silpo - jedna z największych ukraińskich sieci supermarketów spożywczych, założona w 1998 roku, wchodzi w skład Fozzy Group. Cechą charakterystyczną sieci jest unikalny wystrój tematyczny każdego sklepu, własny program lojalnościowy, wypiekany na miejscu chleb, produkty z importu oraz format premium Le Silpo. Według stanu na początek 2025 r. sieć liczy ponad 300 supermarketów.

Smakołyki dla obrońców

Nadia Tyszczenko pracuje w Silpo od niemal 10 lat. Każdy rok to nowe wspomnienia, dobrzy przyjaciele, ulubieni goście oraz coraz większe doświadczenie i profesjonalizm w tym, co robi.

Nadia pracuje jako kucharka w Kropywnyckim przy ul. Wełyka Perspektywna 53, i doskonale wie, że częstowanie i karmienie to najlepsza praca na świecie.

Potwierdziła to jeszcze raz historia, która wydarzyła się na początku wojny.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Nadia Tyszczenko, pracownica sieci Silpo
FOTO: Silpo

24 lutego świat zmienił się dla każdego Ukraińca. Każdy z nas starał się i stara się do dziś ze wszystkich sił pomóc przerwać wojnę. Nadia również zdecydowała, że nie będzie stać z boku - zamiast tego będzie robić to, co potrafi najlepiej.

Karmić.

Każdego dnia w drodze do pracy kobieta przejeżdżała obok punktów kontrolnych i witała się z chłopakami, którzy bronili miasta. Postanowiła gotować dla nich coś pysznego, aby ich wesprzeć i uczynić ich wieczory choć trochę cieplejszymi i bardziej przytulnymi.

Tak mijały dni. W ciągu dnia Nadia gotowała dla kochanych gości w Silpo, a wieczorami, gdy wracała do domu, zabierała się za przyrządzanie smakołyków dla naszych obrońców.

Pracowała niestrudzenie do późnej nocy, aby rano zawieźć chłopakom świeżutkie i jeszcze gorące jedzenie, życzyć im spokojnego dnia i – otrzymawszy pełen wdzięczności uśmiech – kontynuować swoją pracę. Karmić ludzi.

Troska, gościnność i wsparcie to wartości, które pomagają nam trwać w trudnych czasach i nieustannie przybliżać zwycięstwo. Tak też podczas tegorocznej, "ciemnej zimy" sieć Silpo stworzyła "Świetlnie" (Switalni) — przestrzenie troski, w których zawsze jest ciepło, spokój i wsparcie.

Można tu odpocząć, popracować lub pouczyć się, podładować urządzenia, skorzystać z Wi-Fi, wypić gorącą herbatę lub kawę, skosztować świeżych wypieków, a nawet podgrzać jedzenie.

Stworzyliśmy to miejsce dla was — aby w pobliżu zawsze było światło, nawet gdy go brakuje.

MasterZoo

MasterZoo - największa sieć sklepów zoologicznych w Ukrainie, która już od ponad 18 lat zapewnia wszystko, co niezbędne, rodzinom posiadającym ogoniastych, pierzastych i łuskowatych pupili. Sieć wchodzi w skład grupy spółek Suziria Group - jednego z największych graczy na ukraińskim rynku zoologicznym, który od ponad 30 lat rozwija branżę w obszarach handlu detalicznego, dystrybucji, produkcji oraz internacjonalizacji własnych marek.

Suziria Group, podobnie jak MasterZoo, wywodzi się ze wschodniej Ukrainy – z Charkowa, dlatego przed inwazją na pełną skalę większość sklepów zoologicznych była zlokalizowana właśnie w tym regionie. Przed wybuchem pełnoskalowej wojny działało 101 sklepów zoologicznych sieci MasterZoo, natomiast w marcu 2022 r. pracę kontynuowało zaledwie 40 z nich.

W wyniku znacznych zniszczeń ucierpiało 11 sklepów, z których cztery udało się odbudować. Całkowicie utracono po dwa punkty w Mariupolu, Chersoniu i Charkowie oraz jeden w Buczy.

Z czasem sieć zaczęła aktywnie otwierać nowe lokalizacje na terenie całego kraju, zwiększając liczbę sklepów zoologicznych dwukrotnie – do ponad 200.

Nasz Charków to żelbeton

Opowiada: Julia Parżyna, menedżerka regionalna sieci sklepów zoologicznych MasterZoo (Charków)

image
Julia Parżyna, menedżerka regionalna sieci sklepów zoologicznych MasterZoo
FOTO: MasterZoo
24 lutego właściwie nie spałam całą noc - czułam, że to się zaczyna. Słyszałam pierwsze ostrzały Charkowa. Kiedy powiedziałam mężowi: "Zaczęło się", odpowiedział, że to może jakieś fajerwerki. Ale gdy zdjął słuchawki i otworzył okno (a jest wojskowym, był w ATO), powiedział: "Tak, zaczęło się".

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, było zadzwonienie do najbliższych. Następnie zaczęłam pakować plecak ewakuacyjny, a także dwójkę moich pupili - fretki i ich rzeczy. Mąż poszedł wypłacić gotówkę i kupić leki. Złożyło się jeszcze tak, że w tamtym momencie chorowaliśmy na koronawirusa, którego później cała Ukraina jakby "pokonała" w jeden dzień.

Około godz. 6-7 rano zaczęłam pisać do swoich kolegów ze sklepów zoologicznych, że zaczęła się wojna i jeśli potrzebują coś wziąć dla swoich pupili albo nakarmić zwierzęta, które były w naszych sklepach - niech idą. Ale tylko w miarę możliwości, nikogo nie zmuszałam. Wszyscy z mojego zespołu poszli nakarmić ptaki i rybki - nikt nie porzucił zwierząt.

Umówiłam się z naszą administratorką Tetianą na spotkanie przed zoomarketem, aby wziąć karmę, żwirek i inne rzeczy dla swoich puchatych pupili. Był poranek i kiedy podeszłam do sklepu, pod drzwiami stała już długa kolejka - wszyscy czekali na otwarcie o godz. 10.

To właśnie wtedy zdecydowałyśmy, że będziemy wydawać towar, ponieważ rozumiałyśmy, że ludzie mają głodne zwierzaki, a naszą odpowiedzialnością jest im pomóc. Bałyśmy się: ludzie byli przerażeni, źli i nie zawsze przestrzegali kolejki. Zawołałyśmy do sklepu naszych mężów, którzy pomogli zorganizować cały proces. Wpuszczali po trzy-cztery osoby i zamykali drzwi.

Spędziliśmy w sklepie około trzech–czterech godzin, a potem zaczęły się bombardowania. Wychodząc, napisaliśmy na drzwiach ogłoszenie, że będziemy starać się pracować codziennie mniej więcej od godz. 10 do 13-14. Potem pobiegliśmy do metra - mieszkaliśmy tam przez większość czasu, zwłaszcza w nocy.

Na drugi dzień sytuacja się powtórzyła - znów silne ostrzały. I wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, aby brać produkty dla pupili ze sobą do metra, by tam go sprzedawać. Było tam mnóstwo ludzi ze zwierzętami domowymi, którzy nie wiedzieli, że MasterZoo pracuje i że wciąż mamy towar. Byli tam starsi ludzie, którzy nie mieli ani fizycznej możliwości, by cokolwiek zdobyć, ani pieniędzy.

Zaczęłam brać towar do metra i tam go sprzedawać, ale komputery nie działały, nie było internetu, więc wszystko zapisywałam w notesie - i tak każdego dnia rozliczałam sprzedaż. Tak więc rano sprzedawałam w sklepie zoologicznym, a wieczorem - w metrze. To było ryzykowne: niosłam po pięć-sześć toreb towaru, do tego gotówkę, miałam też środki na karcie.

W pierwszych dniach zwróciłam się także do swoich współpracowników - marketingowca Oleksija Krikmanisa, kierownika regionalnego Wiaczeslawa Dehtiara oraz dyrektor operacyjnej Tetiany Pinskiej - z prośbą o pomoc ludziom, którzy nie mają możliwości finansowych, by kupić karmę. Pozwolono mi codziennie brać pewną ilość karmy dla kotów i psów oraz podkłady higieniczne i rozdawać je ludziom bezpłatnie.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Kolejka do sklepu zoologicznego MasterZoo w jednym z pierwszych dni pełnoskalowej inwazji
FOTO: MasterZoo

Ponieważ przynosiłam to w firmowych torbach MasterZoo, ludzie wiedzieli, że firma pomaga. Kiedy do mnie podchodzili, wyjaśniałam, że w dzień pracujemy w sklepie zoologicznym i podawałam swój numer telefonu. Ludzie płakali i dziękowali. W supermarkecie obok i w większości otwartych sklepów nie było już zupełnie nic - po prostu pustki.

U nas zaś w pierwszych dniach inwazji półki były pełne, ponieważ dzień przed tymi wydarzeniami skończyliśmy zmieniać ustawienie w sklepie i dostarczono nam mnóstwo towaru. Jednak już po tygodniu zrobiło się pusto. I tutaj należą się wielkie podziękowania dla naszych spedytorów z Suziria Group - odważyli się i zaczęli dowozić towar do naszej dzielnicy, która była pod silnym ostrzałem.

Czy miałyśmy poczucie, że robimy coś więcej niż tylko sprzedawanie towarów? Oczywiście. Ryzykowaliśmy życiem. To była wielka odpowiedzialność - są przecież koty i psy, które jedzą tylko konkretny rodzaj karmy. Jak więc inaczej miałyby one przeżyć?

Mieszkańcy Charkowa dobrze pamiętają, że MasterZoo było niemal jedyną siecią, która kontynuowała pracę w najtrudniejszych dniach. Do dziś są wdzięczni i wciąż do nas przychodzą.

Przykładowo, latem 2023 r. do naszego sklepu zoologicznego weszła kobieta, rozpłakała się i mnie uściskała. Rozpoznała mnie i podziękowała za to, że byłam w metrze i przynosiłam karmę, bo jej kotka nie jadała niczego poza jednym, konkretnym rodzajem karmy.

Przełomowym momentem był dla mnie 6 marca, kiedy zadzwonił kolega z ochrony i powiedział: albo wyjeżdżasz dzisiaj razem z innymi pracownikami (ponieważ Suziria Group organizowała scentralizowaną ewakuację pracowników z Charkowa), albo zostajesz w mieście sama. Mąż powiedział, że musi iść do swoich, ponieważ w przeszłości był wojskowym, a ja muszę wyjechać.

Miałam 40-60 minut na spakowanie się pod nieustannym ostrzałem. Wzięłam tylko trochę rzeczy, służbowego laptopa, pieniądze i dokumenty. Do tego mnóstwo rzeczy dla moich fretek - jedzenie, leki i zabawki. Tak właśnie wyjechałam: z dwoma plecakami - jednym z moimi rzeczami, drugim z fretkami - oraz torbą z laptopem. Najtrudniej było pożegnać się z mężem. Na szczęście po roku wróciłam - a z nim wszystko jest w porządku.

Wspominając tamte dni, rozumiem, że to właśnie praca przywróciła mnie do życia, bo na początku po prostu zamarłam i nie rozumiałam, jak żyć dalej. To doświadczenie mnie zmieniło - nauczyło być oparciem zarówno dla innych, jak i dla siebie samej. Pokazało też, że żaden wróg, nawet silny, nie złamie naszego narodu.

Nasz Charków to żelbeton. Najlepsze miasto na świecie. Tak jak u nas, nie jest nigdzie indziej. Mamy najlepszego mera, najlepszych mieszkańców, najlepszych ratowników i pracowników służb komunalnych. Trzymamy się razem. Mój zespół w MasterZoo jest najsilniejszy. Mimo wszystko nie tracimy poczucia humoru - stało się ono nieco czarne i satyryczne, ale nas ratuje.

Teraz, gdy w Ukrainie trwają poważne blackouty spowodowane nieustannymi ostrzałami infrastruktury krytycznej, pracujemy bez prądu - z latarkami, z termosami; targamy generatory, ubieramy się ciepło, bo w sklepach bywa zaledwie +2-4°C.

Praca w MasterZoo to nie tylko sprzedaż wszystkiego, co niezbędne dla domowych pupili. To opowieść o miłości, niezawodności i empatii. A wszechobecna miłość do zwierząt to nasza supermoc.

I tak będziemy dalej sprzedawać

Opowiada: Iryna Belska, menedżerka regionalna sieci sklepów zoologicznych MasterZoo (Sumy)

image
Iryna Belska, menedżerka regionalna sieci sklepów zoologicznych MasterZoo
FOTO: MasterZoo
24 lutego 2022 r. miałam zaplanowaną delegację - miałam jechać do Połtawy, aby otworzyć nowy zoomarket MasterZoo. Moja marszrutka miała odjechać o piątej rano. O wpół do czwartej zadzwoniła do mnie córka, która mieszka w Kijowie, i zapytała: "Mamo, widziałaś wiadomości?". Na co odpowiedziałam: "Oczywiście, że nie - o tej porze nie oglądam wiadomości". I wtedy ona powiedziała: "Mamo, wojna".

Początkowo pomyślałam nawet, że dzieci przesadzają. Odpowiedziałam: "Córeczko, wszystko w porządku, muszę się zbierać, nie martw się". Ale ona zadzwoniła jeszcze raz - już płakała i błagała, żebym nigdzie nie jechała. W tamtym momencie stałam przy aucie, mąż miał mnie podwieźć. I nagle rozległ się bardzo silny wybuch. Z zaskoczenia zamarłam. Instynktownie kucnęliśmy, a potem szybko wbiegliśmy z powrotem do domu. Nie rozumiałam, co się dzieje i co robić. To był szok i całkowity brak zrozumienia sytuacji.

Włączyliśmy wiadomości i zobaczyliśmy, co dzieje się w innych miastach. Dosłownie godzinę później na czacie służbowym pojawiła się informacja, że tego dnia nikt nie przychodzi do biur ani sklepów zoologicznych. Ja również przekazałam tę informację swojemu zespołowi. W tamtym momencie odpowiadałam za sklepy MasterZoo w Połtawie i Sumach. Ze swoimi pracownikami byłam w stałym kontakcie - pisaliśmy do siebie co 15-30 minut, bo wszyscy byli w panice i stresie. Niektórzy od razu zdecydowali się wyjechać z miasta.

Ale mam niesamowity zespół, jest on moją siłą i jestem z niego bardzo dumna. Ci pracownicy, którzy mieszkali niedaleko zoomarketów, zdecydowali wtedy, że pójdą do sklepów i nakarmią zwierzaki. Do Sum w tamtym momencie wjeżdżał już wrogi, rosyjski sprzęt. Bardzo prosiłam pracowników, żeby nie szli do sklepów, bo karmy i wody dla zwierząt rano jeszcze wystarczało. Ale moja koleżanka Olenka odpowiedziała słowami, które zapamiętałam na całe życie: "Czołgi jadą, ale nic nie szkodzi, dotrę tam bocznymi drogami. Niech sobie jadą, ale zwierzęta trzeba nakarmić, bo przecież nie wiemy, co będzie jutro".

Później zadzwoniła z prośbą, bym spróbowała porozmawiać z kim trzeba, żeby wpuszczono ją do centrum handlowego, w którym znajduje się nasz sklep MasterZoo - ponieważ ochrona nie chciała jej przepuścić. Od razu wykręciłam numer do szefa ochrony i wszystko załatwiłam. Olenka nakarmiła zwierzęta i poczułyśmy się spokojniej – przynajmniej wiedziałyśmy, że mają wodę i karmę.

Następnego dnia zaczęliśmy odbierać liczne telefony od stałych klientów z prośbą o sprzedaż karmy. Ludzie wyjeżdżali i nie wiedzieli, czy uda im się kupić ją gdziekolwiek indziej. Wyznaczyliśmy więc godzinę, na którą planowaliśmy przychodzić do zoomarketów, aby nakarmić zwierzęta, i poinformowaliśmy klientów, że w tym czasie będziemy mogli również sprzedawać towar.

Jednak gdy tylko otwieraliśmy drzwi, przed MasterZoo stała już ogromna kolejka. Najwyraźniej zadziałała poczta pantoflowa. Wpuszczaliśmy do środka po kilka osób - wszyscy byli bardzo zdenerwowani. Ludzie szybko brali karmę - jedna osoba wychodziła, kolejna wchodziła. W ten sposób zorganizowaliśmy pracę. System sprzedażowy nie działał, więc wszystko zapisywaliśmy ręcznie - i tak aż do samego wieczora.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
MasterZoo w jednym z pierwszych dni pełnoskalowej inwazji
FOTO: MasterZoo

Trzeciego dnia inwazji na pełną skalę zadzwoniłam do swojego przełożonego, dyrektora regionalnego Wiaczeslawa Dehtiara, z prośbą o pomoc w uruchomieniu systemu do ewidencji i płatności. Był w szoku: "Jaki system? Nigdzie nie wychodźcie! Bezpieczeństwo jest najważniejsze!". Ale my już pracowaliśmy, a kiedy on to usłyszał, po prostu go zamurowało. Powiedziałam: "Niezależnie od tego, czy włączycie nam system, czy nie – i tak będziemy dalej sprzedawać. Zapotrzebowanie na karmę i transportery jest ogromne". Ostatecznie system skonfigurowano, co znacznie przyspieszyło naszą pracę.

Można więc powiedzieć, że pracowaliśmy od pierwszego dnia i nie przestawaliśmy. Z czasem trzeba było zdecydować, co zrobimy ze zwierzętami, które były w sklepach. Zdecydowaliśmy, że zabierzemy je do domów – pracownicy, którzy zostali w Sumach, wzięli je do siebie.

W ciągu tych kilku dni sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy w zoomarketach. Kiedyś na imprezach firmowych żartobliwie życzyliśmy sobie nawzajem ogromnych kolejek i pustych półek. I tak też się stało – ale zupełnie nie w taki sposób, o jakim marzyliśmy.

Razem z kierownictwem zaczęliśmy szukać nowego towaru. Dzwoniłam do dostawców, prosiłam o otwarcie magazynów – mówiłam, że przyjedziemy sami, wszystko załadujemy i od razu się rozliczymy. Byli w szoku, gdyż część obwodu sumskiego była już okupowana, prawie nikt nie pracował. Ale my ich przekonywaliśmy: zwierzęta chcą jeść, a wy macie zamknięty magazyn z karmą; one nie mogą jeść tego samego, co ludzie ze stołu - to niewłaściwe. I faktycznie wyszli nam naprzeciw.

Rodzina naszej koleżanki udostępniła swoją gazelę (samochód dostawczy - red.), aby przewieźć towar. Wszyscy razem rozładowywaliśmy auto, pomagając sobie nawzajem.

Ludzie, którzy przychodzili wtedy do MasterZoo, byli niesamowicie wdzięczni. Mówili: "Dziewczyny, ryzykując życie, wyszłyście i pomogłyście nam. Dziękujemy". Wielu osobom brakowało transporterów. Kiedy skończyły się i u nas, zaczęliśmy wymyślać alternatywy: wykorzystywaliśmy zamknięte kuwety dla kotów, robiąc z nich improwizowane transportery, przyczepiając rączki z taśmy klejącej. Gdy i one się skończyły - majstrowaliśmy transportery z kartonowych pudełek, wycinając otwory i wzmacniając je taśmą. Ludzie byli wdzięczni nawet za to.

Ta energia wdzięczności ładowała nas i odciągała naszą uwagę od tego, co działo się wokół. Nie było czasu na strach – pracowaliśmy, nie podnosząc głów. Wracaliśmy do domu tak wycieńczeni, że po prostu od razu zasypialiśmy. Teraz, wspominając to, rozumiemy, że to właśnie praca pomogła nam przetrwać te pierwsze dni.

Wtedy wszyscy myśleli, że ta wojna potrwa kilka dni, maksymalnie tydzień. Ale minęły lata, a wojna, niestety, się nie skończyła. I Bogu dzięki, wytrwaliśmy - pracujemy, wpłacamy datki, a nasza firma wspiera Siły Zbrojne Ukrainy na wszelkie możliwe sposoby.

Nawet teraz, gdy rozbrzmiewają syreny alarmowe, zoomarkety pracują dalej – to nasza decyzja. W Sumach często słychać wybuchy, dlatego jesteśmy z zespołem w kontakcie 24/7. Po każdym wybuchu na czacie służbowym wszyscy piszą "Ok" – to oznacza, że danej osobie nic się nie stało. Jeśli ktoś nie odpowiada, zawsze dzwonię do niego osobiście.

Chwała Bogu, wszyscy nasi ludzie żyją. Pracujemy, mamy możliwość pomagać i wspierać finansowo naszych obrońców, którzy bronią miasta. I każdy z nas robi wszystko, co w jego mocy, aby przybliżyć zwycięstwo.

Praca trzymała nas przy życiu

Opowiada: Oleksij Krikmanis, marketingowiec sieci sklepów zoologicznych MasterZoo (Charków)

image
Oleksij Krikmanis, marketingowiec sieci sklepów zoologicznych MasterZoo
FOTO: MasterZoo
Podobnie jak większość Ukraińców tamtego dnia, obudziliśmy się od głośnych wybuchów. Nie było strachu - raczej złość z powodu tego, że to się jednak wydarzyło, ponieważ nie wierzyliśmy, że rosjanie popełnią taki błąd i zaatakują.

Nigdzie się nie spieszyliśmy - wybuchy niosły się gdzieś w oddali. Dopiero gdy usłyszeliśmy ryk silników samochodowych i chaos na ulicy, ostatecznie uświadomiliśmy sobie rzeczywistość. Do inwazji się nie przygotowaliśmy - nie mieliśmy spakowanego plecaka ewakuacyjnego. Włączyliśmy wiadomości; zobaczyliśmy przez okno, że ludzie schodzą do metra. Ostrzały trwały. Nasza dzielnica znajduje się przy obwodnicy, skąd do granicy z rosją jedzie się około 20 minut, więc przemknęła nam myśl, że mogą przyjść do nas jako do pierwszych. My również zdecydowaliśmy się zejść do metra.

Była z nami trójka naszych "dzieci": pies i dwa koty. Wzięliśmy przekąski, dokumenty i wodę - to wszystko, co pamiętam. Do metra zeszliśmy już po południu. Na peronie nie było ani jednego wolnego miejsca - schody i przejścia były wypełnione ludźmi. Dlatego, podobnie jak wiele innych osób, zostaliśmy w holu. Pamiętam, że byli tam już zagraniczni dziennikarze, którzy relacjonowali wydarzenia. Spędziliśmy tam około godziny i postanowiliśmy wrócić do domu - żeby przygotować sobie miejsce zgodnie z zasadą dwóch ścian i tam zostać. Po pierwsze: to jednak dom. Po drugie: tam naszym pupilom było wygodniej. Po trzecie: wiedzieliśmy, gdzie się schować w razie niebezpieczeństwa.

Równolegle zespół Suziria Group (do której należy sieć sklepów zoologicznych MasterZoo) zorganizował czat koordynacyjny dla pracowników - w tamtym czasie około 90 proc. personelu znajdowało się właśnie w Charkowie. Omawiano tam kwestie ewakuacji i wzajemnej pomocy, ponieważ przez pierwsze tygodnie, a być może nawet miesiąc, nie działało metro ani żaden inny środek transportu, nawet taksówki. Ludzie byli faktycznie odizolowani w swoich dzielnicach, a ci, którzy nie mieli samochodu, po prostu nie mogli przemieszczać się po mieście. Zresztą dla osób z własnym autem podróżowanie również wiązało się z ogromnym ryzykiem, ze względu na nieustanne ostrzały.

Po tamtym jednym zejściu do metra, prawie nie opuszczaliśmy domu. Na szczęście mieliśmy zapas kasz, konserw i najpotrzebniejszych rzeczy. Dla naszych pupili również wszystkiego wystarczało.

Po kilku dniach, już w marcu, rozmawialiśmy z menedżerką regionalną MasterZoo, Julią Parżyną, która w tamtym czasie mieszkała już w metrze. Opowiedziała nam, że jest tam mnóstwo ludzi ze zwierzętami i zapytała, czy można przynieść im karmę ze sklepu. Później zaczęła przynosić ją regularnie, pomagając w ten sposób wielu rodzinom z pupilami, które chroniły się w podziemiach metra.

Pewnego razu Julia przekazała nam, że kierowniczka sklepu zoologicznego obok mojego domu ewakuuje się, i poprosiła nas, abyśmy zaglądali tam codziennie lub co drugi dzień, choćby na 15 minut, żeby nakarmić zwierzęta. Klucze przekazano nam przez taksówkarza.

I tak zaczęliśmy chodzić do tego sklepu. Opracowaliśmy stosunkowo bezpieczną trasę. W tamtych dniach traktowaliśmy to nawet jako swoisty "quest" - zapewne w ten sposób nasza psychika próbowała zachować równowagę.

Nasz sklep MasterZoo znajdował się niedaleko obwodnicy; jak już wspomniałem, do granicy z rosją jest stamtąd około 20 minut. Market nie ucierpiał - nie było nawet pęknięć ani wybitych szyb. Problemem był jednak chłód: na noc wyłączano prąd, przez co przestawały działać grzałki w akwariach, więc najbardziej cierpiały rybki. Poza nimi w sklepie były ptaki i gryzonie – one czuły się dobrze. Gdy tylko przychodziliśmy, od razu włączaliśmy klimatyzację, ustawiają ją na grzanie, sprawdzaliśmy co u "ogoniastych" i karmiliśmy ich. Oczywiście zajmowało to więcej czasu niż zakładane 15 minut, ale niezbyt się tym przejmowaliśmy.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
MasterZoo w jednym z pierwszych dni pełnoskalowej inwazji
FOTO: MasterZoo

Z czasem ludzie, którzy przechodzili obok MasterZoo i widzieli światło, zaczęli zaglądać i pytać, czy pracujemy. Początkowo odpowiadaliśmy, że nie - że tylko opiekujemy się zwierzętami. Szybko jednak zrozumieliśmy, że karmy nie ma gdzie kupić, a zapotrzebowanie jest ogromne. Moja dziewczyna miała doświadczenie w pracy w MasterZoo, więc dobrze orientowała się w asortymencie. Zaczęliśmy sprzedawać za gotówkę, zapisując wszystko w zeszycie, ponieważ kasa nie działała. Emerytom często oddawaliśmy karmę za darmo.

To był czas niesamowitej jedności. W naszej dzielnicy kolega – szef agencji reklamowej, z którą MasterZoo współpracowało od dłuższego czasu - zorganizował hub wolontariacki. Kupowali tam najpotrzebniejsze rzeczy i pomagali głównie osobom starszym. Z czasem zaczęli przyjeżdżać także do nas, po karmę dla psów i kotów. Następnie objeżdżali osiedla domów, gdzie ludzie podczas ewakuacji, niestety, zostawili swoich pupili na pastwę losu - więc wolontariusze dokarmiali te zwierzęta.

Do sklepu MasterZoo przychodziło się nie tylko na zakupy - ludziom brakowało kontaktu z drugim człowiekiem. Dzielili się swoimi historiami, swoimi lękami. Sklep stał się miejscem wsparcia i troski - zarówno o zwierzęta, jak i o ludzi. I to właśnie ta praca trzymała nas przy życiu w tamtych dniach.

Pewnego razu sąsiadka-emerytka poprosiła o pomoc z lekami. W pobliżu znajdowała się apteka, ale była już zamknięta. Zapukaliśmy - w środku były jeszcze farmaceutki. Wyjaśniliśmy sytuację, a one zgodziły się wydać leki. Okazało się, że jedna z nich szukała siana dla swojego królika. My daliśmy jej siano - ona nam leki. Takie historie zdarzały się wtedy często.

Gdy wojska rosyjskie zbliżyły się do naszej dzielnicy, kierownictwo podjęło decyzję o ewakuacji zoomarketu – wywiezieniu sprzętu, towaru i zwierząt. Pomagaliśmy przy pakowaniu wszystkiego. Podczas przygotowywania ptaków do transportu, zauważyliśmy w gnieździe malutkie jajeczko. Wydało nam się to bardzo symboliczne – nawet w ciemności rodzi się nowe życie.

Po ewakuacji zoomarketu dni stały się cięższe. Zniknęło poczucie bycia pożytecznym na co dzień, działania i sensu. Stało się to również impulsem do podjęcia decyzji o ewakuacji do Kijowa.

To, co robiliśmy, nie wydawało się bohaterstwem - wszystko działo się naturalnie, jakby właśnie tak miało być. Najsilniejsze było pragnienie bycia pożytecznym. To właśnie ono trzymało nas przy życiu i nadawało wszystkiemu sens.

Czy to doświadczenie mnie zmieniło? Myślę, że nie. Przecież chęć pomagania i umiejętność szukania wyjścia z trudnych sytuacji towarzyszyły mi zawsze - może spowodowane było to pracą w dziale marketingu (uśmiech). Jednak nigdy wcześniej nie czułem aż tak prawdziwej jedności - nie takiej znanej z wiadomości, ale płynącej z własnego doświadczenia.

image

Nielsen w badaniu rynku piwa nazywa okupowane ziemie Ukrainy "nowymi terytoriami Rosji"

Epicentr

Epicentr - jeden z największych detalistów w Ukrainie, mający ponad 70 centrów handlowych oraz setki innych obiektów handlowych działających we wszystkich regionach Ukrainy.

Wiemy, w imię czego otwieramy nasze drzwi

Opowiada: Maksym Szeremet, dyrektor operacyjny sieci Epicentr

W 2022 r. pełniłem funkcję dyrektora regionalnego sieci w regionie kijowskim. W dniu pełnoskalowej inwazji obudził mnie telefon od kolegi, który krótko poinformował, że rozpoczęła się wojna. Pamiętam, że byłem nawet trochę zirytowany, że nie pozwolono mi się wyspać – spało mi się jak nigdy w życiu. Już jednak po minucie spojrzałem przez okno i zobaczyłem, jak rakiety uderzają w stolicę. Życie ostatecznie podzieliło się na "przed" i "po".

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Maksym Szeremet, dyrektor operacyjny sieci Epicentr
FOTO: Epicentr

Na drogach wyjazdowych z Kijowa tworzyły się niekończące się kolejki samochodów. Wydawało się racjonalnym, by zebrać rzeczy i wyjechać. Ale rozumiałem, że mnie i mojemu sumieniu będzie łatwiej, jeśli zostanę tutaj: w swoim mieście, wśród swoich ludzi.

Pieszo udałem się do centrum handlowego na północy Kijowa. Jego dyrektor przebywał na urlopie za granicą i nie mógł szybko wrócić, więc rozumiałem, że odpowiedzialność za pracę centrum muszę wziąć na siebie.

W pierwszym dniu inwazji do pracy przyszła około jedna trzecia zespołu centrum handlowego. Podchodziliśmy do tego ze zrozumieniem. Od razu powiedzieliśmy pracownikom, że każdy, jeśli chce, może wrócić do domu. Jednak znacząca część osób pozostała - i właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, jak odważni i oddani mogą być Ukraińcy.

Otworzyliśmy centrum handlowe, uruchomiliśmy kasy, wyznaczyliśmy osoby odpowiedzialne za poszczególne działy i umówiliśmy się, że będziemy spotykać się co godzinę, aby monitorować sytuację i podejmować decyzje co do dalszych działań. Ludzie przychodzili i kupowali najpotrzebniejsze rzeczy: kanistry, wodę, akumulatory, narzędzia, ekwipunek survivalowy. Jedni przygotowywali się do drogi, inni do oporu, a jeszcze inni do życia w schronie.

Wieczorem zamknęliśmy obiekt, a dobę później miasto pogrążyło się w trzydniowej godzinie policyjnej. Gdy dobiegła końca, do pracy przyszło jeszcze mniej osób. W centrum handlowym z załogą liczącą 900 osób pracowało zaledwie kilkudziesięciu pracowników, ale to właśnie oni stali się tym trzonem, który dał poczucie kontroli w chaosie i strachu, jaki ogarnął miasto i wielu jego mieszkańców. Po omówieniu sytuacji z kolegami z innych centrów handlowych w Kijowie, ustaliliśmy, że będziemy pracować tak długo, jak tylko damy radę i jak długo będziemy mieli dla kogo.

W tamtych dniach, do końca lutego 2022 r. otwierałem jedno centrum handlowe, wsiadałem w samochód i objeżdżałem pozostałe obiekty w stolicy, koordynując pracę całej kijowskiej sieci na prawym brzegu. Na lewym brzegu stolicy to samo robił mój kolega, ponieważ przez punkty kontrolne na mostach przejazd z jednego brzegu na drugi mógł zajmować nawet cztery godziny. Każda dzielnica żyła wtedy według własnych reguł: w jednych miejscach pracowano niemal otwarcie, w innych wpuszczano na salę sprzedaży tylko po kilka osób, a niektóre centra handlowe były już uszkodzone w wyniku ostrzałów i zostały zamknięte ze względów bezpieczeństwa.

Jednak staraliśmy się kontynuować pracę wszędzie tam, gdzie było to możliwe, aby zapewnić mieszkańcom wszystkie niezbędne produkty. Tym bardziej, że przychodzili do nas nie tylko klienci. Było wielu ratowników, policjantów, wolontariuszy i pracowników medycznych. Często, w porozumieniu z kierownictwem, wydawaliśmy im wszystko, co było potrzebne: generatory, leki, rzeczy do schronów itp., na "słowo honoru", a oni dotrzymywali obietnicy.

Niektórzy stali klienci brali duże ilości towarów dla wolontariuszy. W ten sposób centra handlowe stały się nie tylko punktami sprzedaży, ale punktami oparcia, gdzie można było wypłacić gotówkę, kupić najpotrzebniejsze rzeczy, otrzymać wsparcie czy radę, albo po prostu poczuć, że miasto wciąż żyje i walczy.

W tamtym czasie logistyka była niemal sparaliżowana – Kijów znajdował się w półokrążeniu. Pracowaliśmy na zapasach, które nam pozostały, a priorytetem były dla nas dostawy produktów żywnościowych. Nikt przecież nie wiedział, jak potoczą się dalsze losy miasta.

Mniej więcej po tygodniu udało się częściowo przywrócić dostawy żywności, chleba i wody. Właściciele firmy osobiście zadbali o to, by do Kijowa docierały transporty z prowiantem. Część rozdawaliśmy pracownikom, niektóre produkty sprzedawaliśmy po cenach zakupu, a chleb nawet kroiliśmy i suszyliśmy na zapas – na wypadek całkowitej blokady miasta.

Zapamiętałem, że w tamtym czasie z przestrzeni handlowych zniknęły wtedy wszelkie konflikty. W powietrzu czuć było napięcie i strach, jednak między ludźmi było znacznie więcej wdzięczności i wzajemnej pomocy. Klienci dziękowali nam za to, że drzwi są otwarte. My dziękowaliśm im za to, że się trzymają. W tamtych chwilach szczególnie wyraźnie czuło się, że to właśnie w całkowitych ciemnościach światło w ludziach potrafi płonąć znacznie jaśniej.

Nacisk na stolicę tylko się nasilał, każdej nocy słyszeliśmy wybuchy, a w wiadomościach informowano o walkach na podejściach do miasta. Jednak dzięki heroicznemu oporowi wojska miasto trwało, a zespół zaczął stopniowo wracać do pracy. Najpierw 20 osób, potem 60. Mężczyźni, którzy w pierwszych dniach wywieźli rodziny na zachód, wracali do miasta. Każdy, kto wrócił, z czasem zaczął przychodzić do pracy lub wstępował w szeregi obrony. Każdy z nich robił to świadomie, rozumiejąc ryzyko.

W trakcie wojny w sumie około 5 tys. naszych pracowników zaangażowało się w opór. Przez cały ten czas wspieramy ich i nadal wypłacamy im wynagrodzenia. Robimy to mimo ogromnych strat, jakie poniosła firma w wyniku zniszczenia centrów handlowych przez ostrzały rakietowe i artyleryjskie. Wysokość tych strat przekroczyła już 1 mld dolarów i z każdym rokiem rośnie.

Obecnie, gdy nocami temperatura w Kijowie spada do 20 stopni na minusie, wróg próbuje pogrążyć miasto w zimnie i ciemności, niszcząc infrastrukturę energetyczną. Prawdopodobnie chce w ten sposób złamać nasz opór, zasiać w społeczeństwie zwątpienie i rozpacz.

Jestem jednak przekonany, że te próby są daremne. Wytrwaliśmy w 2022 r., pracujemy teraz i dokładnie wiemy, w imię czego każdego dnia otwieramy drzwi naszych centrów handlowych. Tym bardziej, że dobrze pamiętam, jak w pierwszych dniach i tygodniach inwazji na pełną skalę szczególnie wyraźnie czuło się, że w całkowitych ciemnościach światło w ludziach płonie znacznie jaśniej.

Ukrnafta

Ukrnafta to największa ukraińska firma wydobywająca ropę naftową i gaz oraz operator jednej z największych sieci stacji paliw w kraju, która wydobywa ponad 86 proc. ropy i 16 proc. gazu. Firma kontroluje ponad 500 stacji paliw, zajmuje się przetwarzaniem i sprzedażą produktów naftowych; od 2022 r. znajduje się pod zarządem państwowym.

Chirurg był zdziwiony

Iwan jest frezerem w zakładzie produkcyjnym PJSC Ukrnafta i ojcem czwórki dzieci. Jako ochotnik zgłosił się do komendy uzupełnień już w pierwszych dniach pełnoskalowej inwazji, razem z Mykolą, kolegą z zakładu. Ponieważ miał doświadczenie z kursów pierwszej pomocy przedmedycznej, Iwan został mianowany medykiem polowym w nowo utworzonej brygadzie.

image
Iwan, frezer w zakładzie produkcyjnym PJSC Ukrnafta
FOTO: Ukrnafta

"Na początku zaopatrzenie brygady nie było jeszcze zorganizowane, nie było też oczywiście żadnych leków. Opowiedziałem o tym kolegom, a oni od razu ruszyli z pomocą. Zebrali plecak medyczny, torbę i trzy skrzynie z medykamentami. Tak silne, koleżeńskie wsparcie ze strony mojego zespołu czułem przez cały okres służby wojskowej" - wspomina Iwan.

W pierwszych dniach kwietnia 2022 r. wojownik znajdował się już na kierunku ługańskim – w Siewierodoniecku i Łysyczańsku. Najpierw był medykiem plutonu, a później – medykiem kompanii liczącej 120 osób.

"Razem z żołnierzami wychodziłem na pozycje bojowe. Kiedy widziałem rannego – odciągałem go z pola walki, udzielałem pierwszej pomocy przedmedycznej, decydowałem, co z nim dalej robić, oceniałem możliwość dojazdu dla pojazdu ewakuacyjnego i przygotowywałem rannego do dalszego transportu. Moja pomoc pozwala przetrwać od czterech do sześciu godzin, potem to już zadanie dla lekarzy. Robiłem to, co mogłem; robiłem to, czego mnie nauczono" – mówi Iwan.

Pozycje bojowe opuszczał jako jeden z ostatnich, razem z dowódcą kompanii i dowódcą plutonu. We wrześniu, podczas ewakuacji rannych, sam odniósł obrażenia. "Silny ostrzał, drony, rakiety, nie było gdzie się schronić. Wycofywaliśmy się na przygotowane pozycje, ewakuując przy tym czterech rannych. Po drodze rannych zostało kolejnych trzech żołnierzy. Kiedy załadowaliśmy wszystkich do ewakuacyjnego BWP (bojowego wozu piechoty - red.), zobaczyłem, że ranny został mój towarzysz broni. Podszedłem do niego, aby udzielić mu pomocy, i wtedy sam zostałem trafiony. Pierwszy pocisk uderzył w kamizelkę kuloodporną, drugi w bok - tam, gdzie nie było ochrony. Odłamek przeszedł na wylot".

Najpierw była operacja, potem rehabilitacja, która zaskoczyła nawet doświadczonych lekarzy. Iwan wspomina zdziwienie chirurga, który go operował, gdy ten zobaczył, że po tak ciężkim zranieniu pacjent zdołał wrócić do sprawności i samodzielnego chodzenia.

Obecnie Iwan odszedł ze służby wojskowej i wrócił do pracy, zamieniając dokonania frontowe na te zawodowe.

***

Mniej moskali depcze naszą ziemię

Chcemy podzielić się historią Marii Nahorniak, inżynierki w dziale badań ropy, gazu i odwiertów w PJSC Ukrnafta. Maria zajmuje się wyszukiwaniem i sprowadzaniem samochodów z Europy na potrzeby wojska.

image
Maria Nahorniak, inżynierka w dziale badań ropy, gazu i odwiertów w PJSC Ukrnafta
FOTO: Ukrnafta

Opowiada ona, że ogromne zapotrzebowanie na auta pojawiło się już w pierwszych dniach pełnoskalowej wojny. Początkowo samochody kupowano w Ukrainie, z czasem zaczęto ich szukać na rynku europejskim - w Niemczech, Francji, Polsce i Czechach. "Zebrał się zespół złożony z różnych osób – przyjaciół, znajomych i przypadkowych, zaangażowanych ludzi. Każdy ma swoją rolę: jedni odpowiadają za procesy za granicą, inni za logistykę, naprawy, rejestrację i przekazywanie pojazdów wojskowym. Ale wszystkich jednoczy wspólny cel: przybliżanie naszego zwycięstwa wszelkimi możliwymi sposobami" – wyjaśnia Marija.

Prośby od żołnierzy są bardzo zróżnicowane. Ktoś potrzebuje terenówki, a ktoś inny busa, który pomieści rakiety. Nie zawsze dostępne są środki finansowe, dlatego wolontariusze pomagają również w ich zbieraniu. W sumie zespół ma na koncie ponad 100 sprowadzonych aut, z czego na samą Marię przypada około 23.

Każdy wyjazd po samochód jest unikalny i wiąże się z innymi trudnościami - jak jazda nocą albo długie kolejki na przejściu granicznym - ale dziewczyny wspierają się nawzajem w drodze. "Zdarzyło się, że dostarczaliśmy jednocześnie sześć pojazdów, z czego pięć to były karetki, a szóstym była terenówka z przyczepą kempingową - to dopiero była przygoda. Ale nikt nie skarży się na zmęczenie. Kiedy udaje się kupić i dostarczyć auto na front, a potem usłyszeć, że dzięki temu nie tylko mniej moskali depcze naszą ziemię, ale i uratowano niejedno życie – jestem gotowa raz za razem robić wszystko, co w mojej mocy i możliwościach, dla naszego zwycięstwa" - mówi Maria.

***

Nie ma czegoś takiego, że nam się nie chce

image
Pracownice Ukrnafty
FOTO: Ukrnafta
Od początku inwazji na pełną skalę nasze koleżanki ze wschodnich oddziałów pomagają wojskowym i wolontariuszom - szyją różnego rodzaju rzeczy. Niedawno ukończyły kolejne zamówienie – dwieście ładownic na magazynki. Zostały one już przekazane chłopakom na front, a dziewczyny zabrały się za opanowanie produkcji ładownic na apteczki medyczne.

Nasze pracowniczki:

  • Julia Tymoszenko, w Ukrnafcie pracuje od 18 lat;
  • Oksana Kowalenko, w tym roku mija 10 lat, odkąd pracuje w firmie;
  • Halyna Jakowenko, kroczy i szyje razem z Ukrnaftą już od 14 lat;
  • Tetiana Moskowec, z pracą w firmie związanych jest 16 lat jej życia.

Od wiosny 2022 r. uszyły dla obrońców niezliczoną liczbę kamizelek taktycznych, systemów pasowo-szelkowych, toreb-plecaków do przenoszenia amunicji, bezstelażowych, składanych noszy medycznych, jesiennych i zimowych płaszczy przeciwdeszczowych, organizerów dla medyków wojskowych i innych elementów wyposażenia.

Materiały do szycia dostarczają dziewczynom wolontariusze oraz wojskowi; przekazują im również wzory produktów, które należy wykonać. Choć nie zawsze udaje się stworzyć idealną kopię, dziewczyny wsłuchują się w rady żołnierzy i zawsze z pełną odpowiedzialnością dbają o jakość wykonania.

Szwaczka Julia Tymoszenko mówi: "Nie liczymy liczby uszytych sztuk, bo nie po to to robimy. Przywieźli nam materiał, powiedzieli, że trzeba to przygotować do konkretnego dnia albo że sprawa jest pilna, bo chłopaki jadą pod Bachmut. I po prostu bierzemy się do pracy. Usiadłyśmy, zrobiłyśmy, oddałyśmy. Nie ma u nas czegoś takiego, że nie możemy albo nam się nie chce - my po prostu musimy".

***

Setki pracowników Ukrnafty służą obecnie w ZSU, a tysiące zajmują się wolontariatem.

Dwaj nasi koledzy zostali uhonorowani odznaczeniami państwowymi od Prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Kolejnych sześć osób otrzymało honorowe odznaczenia "Za wspieranie wojska" od Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy Walerija Załużnego.

Chcemy opowiedzieć o każdym z nich.

  • Kyrylo Krycun – zajmuje się wolontariatem już od 2014 r. Razem z zespołem produkował jeże przeciwpancerne, piecyki typu "koza" oraz kompleksy prysznicowe. Realizowali specjalne zamówienia dla jednostek wojskowych oraz wywiadu (HUR).
  • Oleksandr Poliowyj – nasz inżynier technolog, który projektuje wszystko: od piecyków po lawety.
  • Andrij Bahrij i Dmytro Mykytiuk – zajmują się pracami spawalniczymi.
  • Petro Kostenko – odpowiada za naprawy silników samochodowych.
  • Natalia Bondar – bierze bezpośredni udział w wydawaniu kart paliwowych dla fundacji i wojska. Szczerze przejmuje się każdym zgłoszonym zapotrzebowaniem.
  • Witalij Czertok – zorganizował ewakuację ludności cywilnej.
  • Maria Nahorniak – wraz ze swoim zespołem dostarczyła wojsku już ponad 100 samochodów.

Wkład każdego z nas jest ważny dla kraju. Tylko razem stać nas na więcej: by tworzyć, zabezpieczać i nieść pomoc. A tym samym - z każdym dniem przybliżać nasze Zwycięstwo.

***

Mobilny prysznic to prawdziwy skarb

Walerij Kotula, mechanik z oddziału robót budowlanych Budserwis (jednostka wydobywcza Dolynanaftohaz), opowiada o produkcji mobilnych pryszniców dla wojska, realizowanej przez wolontariuszy z Dolyny (historia z grudnia 2022 r.):

"Wszystko zaczęło się od tego, że pracownicy bazy produkcyjnej na wschodzie, na prośbę walczących kolegów, zbudowali i przekazali na linię frontu wagon prysznicowy. Żołnierze byli niezwykle wdzięczni – w ciągu zaledwie tygodnia skorzystało z niego około tysiąca osób.

Widząc, jak ogromne jest zapotrzebowanie na takie konstrukcje, my w Dolynie również postanowiliśmy się tym zająć. Za cel postawiliśmy sobie jednak udoskonalenie projektu. Zmodernizowaliśmy nasz wagon prysznicowy: ociepliliśmy ściany i sufit, zamontowaliśmy bezpieczne oświetlenie 12 V oraz zainstalowaliśmy układ pompowy z manometrem i hydroforem, który pod ciśnieniem tłoczy wodę do kotła. Do zbiornika dodaliśmy termometr, dzięki któremu wiadomo, czy woda nagrzała się już do odpowiedniej temperatury.

Opracowaliśmy uniwersalny wariant łaźni, przystosowany do warunków jesienno-zimowych. Zaprojektowaliśmy go tak, by ciepło z kotła opalanego drewnem ogrzewało nie tylko wodę, ale i całe pomieszczenie wagonika. Zanim woda osiągnie odpowiednią temperaturę, w środku jest już ciepło. Zbiornik mieści 380 litrów wody, co pozwala na kąpiel około 20 żołnierzom. Zamontowaliśmy cztery natryski, więc jednocześnie mogą się myć cztery osoby. A dla pełnego bezpieczeństwa przygotowaliśmy szczegółową instrukcję wideo, pokazującą krok po kroku, jak obsługiwać cały system.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Ekipa produkująca mobilne prysznice dla wojska
FOTO: Ukrnafta

Prace nad mobilną łaźnią trwały na bazie produkcyjnej niemal dwa miesiące. Ten projekt stał się ucieleśnieniem myśli inżynieryjnej oraz kunsztu naszych pracowników.

Wagon znajduje się obecnie na linii frontu, służąc medykom w okolicach Bachmutu. Jedna z kompanii medycznych stacjonuje na pozycjach oddalonych od jakichkolwiek miejscowości – w szczerym polu, bez dostępu do prądu i bieżącej wody. W takich warunkach nasz mobilny prysznic jest dla nich prawdziwym skarbem.

Środki na zakup materiałów i podzespołów do wagonu zbierano wśród kolegów, przyjaciół i znajomych. Często przy zamawianiu materiałów dostawcy, poznawszy cel, udzielali sporych zniżek, zapewniali bezpłatną dostawę, a niekiedy w ogóle nie brali pieniędzy za materiały czy części zamienne. Przykładowo, przedsiębiorcy z Dolyny przekazali armaturę sanitarną na własny koszt.

Właśnie zakończyliśmy pracę nad drugim takim wagonem, przeprowadziliśmy jego testy i przekazaliśmy go wojskowym; pojechał na kierunek doniecki. Ten mobilny prysznic udało się wykonać szybciej - w jeden miesiąc. W trakcie prac cały czas udoskonalamy i dopracowujemy technologię, wprowadzamy zmiany w konstrukcji i, oczywiście, bierzemy pod uwagę informacje zwrotne od żołnierzy. W nowym wagonie zainstalowaliśmy już nie fabryczny kocioł, lecz taki własnego wykonania.

W kolejce czeka już wykonanie trzeciego mobilnego prysznica.

Retail Association of Ukraine (RAU)

RAU to branżowe zrzeszenie graczy rynku handlu detalicznego oraz firm bezpośrednio związanych z sektorem retail. Do grona członków Stowarzyszenia należy ponad 100 ukraińskich i międzynarodowych firm handlowych, a wśród partnerów znajduje się ponad 40 przedstawicieli sfery B2B oraz deweloperów. Stowarzyszenie działa od 2013 roku.

Zjednoczeni we wspólnym celu

W pierwszym tygodniu pełnoskalowej wojny prezes RAU Andrij Żuk zwołał zespół, aby wyznaczyć kluczowe priorytety dla pracy w nowej rzeczywistości. Głównym celem była maksymalna mobilizacja, szybkość działania i zaangażowanie we wszystkie procesy, by sprzyjać konsolidacji ukraińskiego biznesu i wesprzeć kraj w najbardziej krytycznym momencie.

W ten sposób RAU stało się w praktyce głównym punktem kontaktowym dla pomocy płynącej od biznesu. O ile w czasach pokoju organizacja skupiała się na rozwoju branży, o tyle od lutego 2022 r. priorytet uległ zmianie - najważniejsze stało się utrzymanie bezpieczeństwa żywnościowego oraz doraźne wsparcie wojska i lokalnych społeczności.

Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.

image
Najważniejszym zadaniem RAU była pomoc w utrzymaniu bezpieczeństwa żywnościowego Ukrainy
FOTO: RAU

Przez pierwsze dwa-trzy miesiące działalność stowarzyszenia miała charakter głównie pomocowy. Do RAU spływały dziesiątki próśb: od jednostek wojskowych (m.in. od 72. Brygady im. Czarnych Zaporożców), ze szpitala Feofania, czy od poszczególnych hromad (gmin - red.). Potrzebne było wszystko: komputery, karty SIM, sprzęt, żywność, środki higieny. Stowarzyszenie gromadziło zasoby swoich członków i pod kierownictwem dyrektor generalnej (CEO) Oksany Prychodko koordynowało pomoc punktowo - tam, gdzie była najbardziej niezbędna.

W działania aktywnie włączyli się najwięksi retailerzy, m.in. Silpo, Auchan, Metro, ATB, Varus, Kolo, Comfy, Allo i inni. Biznes błyskawicznie dostarczał towary - od produktów spożywczych po niezbędne wyposażenie techniczne.

Na osobne wspomnienie zasługuje wsparcie ze strony partnerów amerykańskich. W marcu 2022 r. do stowarzyszenia zwrócił się Curtis Picard, prezes i dyrektor generalny Stowarzyszenia Handlu Detalicznego stanu Maine (USA). Wyraził on solidarność i zapytał, jakiej pomocy potrzebują ukraińscy retailerzy oraz lokalne społeczności. RAU przygotowało listę najpilniejszych potrzeb.

image
RAU koordynowało pomoc punktowo - tam, gdzie była najbardziej niezbędna
FOTO: RAU
Partnerzy z Maine przez kilka miesięcy prowadzili zbiórkę: ustawili specjalne skarbonki na datki oraz zorganizowali charytatywny mecz hokeja, a zebrane środki przeznaczyli na wysłanie kontenera z transportem humanitarnym. Sam koszt transportu morskiego wynosił 6-8 tys. dolarów.

Gdy ładunek dotarł do Lwowa, został skierowany przez centra dystrybucyjne do poszkodowanych hromad w obwodzie kijowskim. Nie była to zwykła pomoc humanitarna - był to przykład międzynarodowego partnerstwa, które zjednoczyło lokalny amerykański biznes i ukraiński handel we wspólnym celu.

Równolegle w stowarzyszeniu prężnie działał obszar Government Relations (relacji z administracją państwową). Powołano specjalny komitet, który w pierwszych dwóch miesiącach zbierał się codziennie - rano i wieczorem. Wspólnie z przedstawicielami Ministerstwa Gospodarki oraz innych struktur państwowych, członkowie RAU zajmowali się kwestiami logistyki, zaopatrzenia i koordynacji transportu, aby utrzymać bezpieczeństwo żywnościowe kraju i zapewnić stabilne funkcjonowanie sklepów.

W tamtym okresie RAU pełniło rolę koordynatora: z jednej strony stał biznes gotowy do pomocy, z drugiej – społeczności, szpitale i jednostki wojskowe z konkretnymi potrzebami. Stowarzyszenie stało się platformą, na której te potrzeby spotykały się z możliwościami, przekładając się na realne działania.

image
Przez pierwsze dwa-trzy miesiące działalność RAU miała charakter głównie pomocowy
FOTO: RAU

***

Chcesz pomóc Ukrainie? Mów o niej oraz wesprzyj którąś z tysięcy zbiórek w sieci. Przykładowo, możesz zasilić zbiórkę organizowaną przez Polską Akcję Humanitarną.

image

Ranking TOP 20 sieci handlowych w Ukrainie. Kto rządzi handlem spożywczym u naszych sąsiadów?

17.02.2026 / 12:18
StoryEditor
Polskie mleczarnie pod presją marketów i kosztów. Ratunkiem eksport i nabiał funkcjonalny
Polskie mleczarstwo w 2026 roku: rosnące koszty i nowe trendy konsumenckie (fot. Shutterstock)

Polska branża mleczarska mierzy się dziś z szeregiem poważnych wyzwań. Wysokie koszty produkcji, nadpodaż mleka oraz rosnąca presja sieci handlowych to tylko niektóre z nich. Mimo to, rynek notuje dalszy wzrost wartości. Przyszłość branży może zależeć od innowacji, eksportu oraz dostosowania się do nowych trendów żywieniowych i norm środowiskowych.

Polskie mleczarnie mają problemy z rosnącymi kosztami i naciskami sieci handlowych

Jednym z kluczowych problemów polskiego mleczarstwa są rosnące koszty energii, pracy oraz s...

Dziękujemy, że nas czytasz!
Pozostało jeszcze 96% tekstu

Jeśli widzisz ten tekst, oznacza to, że wykorzystałeś limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu lub próbujesz przeczytać artykuł premium, dostępny wyłącznie dla naszych Subskrybentów. Wspieraj profesjonalne dziennikarstwo. Wykup subskrypcję i uzyskaj nieograniczony dostęp do naszego portalu.

Kliknij i sprawdź wszystkie korzyści z prenumeraty WH Plus

DOSTĘP 30 DNI
34,99 zł - 30 dni
PRENUMERATA ROCZNA WH PLUS
399,99 zł - 365 dni

W RAMACH SUBSKRYBCJI OTRZYMASZ:

  • Dostęp do ekskluzywnych treści publikowanych wyłącznie na naszym portalu
  • Dostęp do wszystkich bieżących artykułów - newsów, analiz, raportów, komentarzy, wywiadów
  • Dostęp do całego archiwum artykułów na portalu wiadomoscihandlowe.pl - ponad 50 tys. materiałów dziennikarskich

W ramach Prenumeraty WH Plus także:

  • 6 wydań magazynu Wiadomości Handlowe w wersji drukowanej i e-wydania
  • Raport:Lista 60 regionalnych i lokalnych spożywczych sieci handlowych – trendy, prognozy wyzwania dla małych sieci
  • Tygodniowy przegląd kluczowych informacji i analiz. W każdy piątek w twojej skrzynce e-mail.
  • Gwarantowane miejsce na webinarach organizowanych przez Wiadomości Handlowe
  • Rabat 30% na wybrane raporty WH MARKET

18.02.2026 / 11:31
StoryEditor
"Dino znów złamało prawo" - grzmią związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy
Konflikt między gigantem handlowym Dino Polska S.A. a OPZZ Konfederacja Pracy rośnie w sile (fot. wiadomoscihandlowe.pl + OPZZ Konfederacja Pracy)

Ogólnopolski Związek Zawodowy Konfederacja Pracy alarmuje, że działania sieci Dino Polska nie tylko są krzywdzące dla pracowników, ale co gorsza - łamią polskie prawo.

Spis treści:

  • Zupa, która wstrząsnęła siecią Dino
  • PIP wchodzi do gry. Nie tylko zupa, ale i mróz
  • OPZZ Konfederacja Pracy wezwana do zaniechania naruszania dóbr Dino...
Dziękujemy, że nas czytasz!
Pozostało jeszcze 94% tekstu

Jeśli widzisz ten tekst, oznacza to, że wykorzystałeś limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu lub próbujesz przeczytać artykuł premium, dostępny wyłącznie dla naszych Subskrybentów. Wspieraj profesjonalne dziennikarstwo. Wykup subskrypcję i uzyskaj nieograniczony dostęp do naszego portalu.

Kliknij i sprawdź wszystkie korzyści z prenumeraty WH Plus

DOSTĘP 30 DNI
34,99 zł - 30 dni
PRENUMERATA ROCZNA WH PLUS
399,99 zł - 365 dni

W RAMACH SUBSKRYBCJI OTRZYMASZ:

  • Dostęp do ekskluzywnych treści publikowanych wyłącznie na naszym portalu
  • Dostęp do wszystkich bieżących artykułów - newsów, analiz, raportów, komentarzy, wywiadów
  • Dostęp do całego archiwum artykułów na portalu wiadomoscihandlowe.pl - ponad 50 tys. materiałów dziennikarskich

W ramach Prenumeraty WH Plus także:

  • 6 wydań magazynu Wiadomości Handlowe w wersji drukowanej i e-wydania
  • Raport:Lista 60 regionalnych i lokalnych spożywczych sieci handlowych – trendy, prognozy wyzwania dla małych sieci
  • Tygodniowy przegląd kluczowych informacji i analiz. W każdy piątek w twojej skrzynce e-mail.
  • Gwarantowane miejsce na webinarach organizowanych przez Wiadomości Handlowe
  • Rabat 30% na wybrane raporty WH MARKET

24. luty 2026 07:19