25 kwietnia: strajk, który miał być przełomem
W sobotę 25 kwietnia, między godziną 12:00 a 14:00, w sklepach sieci Dino w całej Polsce odbył się strajk ostrzegawczy. Zgodnie z zapowiedziami organizatorów, pracownicy mieli wstrzymać się od wykonywania obowiązków służbowych, pozostając na terenie zakładów pracy.
Jak relacjonował portal wp.pl, „bardzo duża liczba marketów wzięła udział w strajku". - Otrzymywaliśmy zdjęcia, gdzie całe załogi do niego przystąpiły – mówił Wojciech Jędrusiak, przewodniczący OPZZ Konfederacji Pracy.
Nieoficjalne informacje mówią nawet o kilkuset placówkach, które stanęły na 2 godziny. Rynkowa weryfikacja tych danych pokazuje jednak bardziej złożony obraz. Wydaje się, że liczby te mogą być przeszacowane. Na pewno strajkowało natomiast co najmniej "wysokie" kilkadziesiąt sklepów spośród ponad 3000 marketów Dino działających w Polsce.
Sklepy Dino otwarte, parkingi pełne. Klienci nie pomogli
W trakcie strajku redakcja portalu wiadomoscihandlowe.pl odwiedziła kilka sklepów Dino - w Warszawie, Wołominie, Radzyminie i okolicach. Wszystkie placówki pracowały normalnie, a parkingi były pełne klientów robiących zakupy.
To obraz, który – jak można przypuszczać – powtarzał się w większości lokalizacji w kraju. Strajkowała jedynie niewielka część sklepów, często nie w pełnym składzie.
Niektórzy pracownicy być może po prostu bali się konsekwencji udziału w proteście. W innych przypadkach sytuacja w sklepach była im obojętna lub uznawali, że ryzyko nie jest warte zaangażowania.
Co ciekawe, oprócz tradycyjnego "nie chcemy się wychylać", które usłyszeliśmy od pracowników działających sklepów, sprzedawcy deklarowali też, że "się przyglądają" i "kibicują" strajkującym koleżankom i kolegom. Co ważne: nie spotkaliśmy w Dino nikogo, kto o proteście by nie słyszał.
Lista sklepów Dino, gdzie strajk był widoczny
Wśród lokalizacji, gdzie załogi sklepów Dino zdecydowały się na protest, znalazły się m.in.: Gliwice, Magnuszew, Dziwnówek, Koszalin, Tarnowskie Góry, Lipki, Gubin, Chobienice, Głogów, Porajów, Piechowice, Bolków, Parchów czy Kaczory. Pracownicy tych sklepów publikowali zdjęcia z sobotniego strajku i komentarze na Facebooku.
Strajk inny niż w dużych sieciach
Warto podkreślić, że był to pierwszy strajk, który w tak dużym stopniu zintegrował środowisko pracowników Dino. Jeśli ktoś zakładał, że cała sieć zatrzyma się na dwie godziny, był w błędzie. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że było to jedno z większych wydarzeń strajkowych w ostatnich latach w handlu detalicznym.
Dla porównania, 14 grudnia 2025 roku odbył się ogólnopolski strajk ostrzegawczy w sieci Kaufland, również organizowany przez OPZZ Konfederację Pracy.
Strajk w Dino wymagał jednak większej odwagi. Sieć działa głównie na wsiach i w małych miejscowościach, gdzie rynek pracy jest ograniczony, a alternatyw zatrudnienia jest znacznie mniej niż w dużych miastach.
Ciąg dalszy artykułu - pod zdjęciem.
Postulaty pracowników: pieniądze i warunki pracy
Związkowcy domagają się konkretnych zmian. Wśród postulatów są m.in. podwyżki wynagrodzeń o 900 zł oraz utworzenie Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Jak podkreślają, problemem są także braki kadrowe i rosnąca presja na wydajność.
W jednym z wpisów pracownicy ubolewali: "Tylko obowiązków dokładają, będąc we 3 na zmianie mamy robić za 5. I sklep ma wyglądać jak nowo otwarty. Jak mamy 4, to czujemy się jak w luksusie”.
W innym wpisie podkreślano znaczenie wsparcia klientów: „Nasi klienci nas wspierali, przez 2 h nie wchodzili do sklepu (…) Gratulowali i życzyli nam powodzenia”.
Presja, zastraszanie i procedury
Jak relacjonował Wojciech Jędrusiak w rozmowie z wp.pl, "było oczywiście zastraszanie pracowników i to było w skali całego kraju".
Według ustaleń portalu onet.pl, kierownicy sklepów otrzymali szczegółowe instrukcje dotyczące postępowania podczas strajku ostrzegawczego. Pracownicy mieli obowiązek informować o udziale w proteście, a za dwie godziny strajku nie otrzymają wynagrodzenia.
Jeśli po godzinie 14:00 pracownicy nie wrócili do pracy, mogło to zostać potraktowane jako opuszczenie stanowiska i skutkować konsekwencjami dyscyplinarnymi.
„Żółta kartka” dla zarządu Dino
Związkowcy nie mają wątpliwości co do znaczenia protestu. W komunikacie OPZZ czytamy: "Wczoraj pracownicy pokazali Zarządowi Dino Polska żółtą kartkę. Strajk ostrzegawczy to wyraźny sygnał: czas na realne zmiany”.
"Godne wynagrodzenie, przestrzeganie prawa pracy i szacunek to nie przywilej, lecz standard” - dodano.
Co dalej? Kluczowe negocjacje w Warszawie
Już w poniedziałek 27 kwietnia w Warszawie odbędą się mediacje z pracodawcą. To moment, który może zadecydować o dalszym przebiegu konfliktu. Związkowcy zapowiadają, że jeśli rozmowy nie przyniosą efektów, możliwy będzie strajk generalny.
"Albo rozpocznie się realny dialog i proces zmian, albo kolejnym krokiem będzie strajk generalny – bezterminowy” – podkreślają.
Nie wykluczają także protestów pod siedzibą spółki w Krotoszynie.
Co może się wydarzy w Dino? - komentarz redakcyjny
Zarząd Dino Polska stara się obecnie "ignorować" to, co się dzieje i "pacyfikować" poczynania związków zawodowych (zarząd odmawia spotkań i nasyła kancelarię prawną, która ma pozwami uciszyć protestujących), być może licząc, ze sytuacja do wakacji się uspokoi. Co oznacza, że najbliższe negocjacje zakończą się (z dużym prawdopodobieństwem) fiaskiem.
Dino może grać na czas, będąc dużym pracodawcą na lokalnych rynkach takich jak wsie i małe miasteczka, gdzie ludzie nie mają wielu alternatyw, jeśli chodzi o zatrudnienie (a tym samym boją się o miejsca pracy i nie zdecydują się na odejścia - nie mają gdzie) i liczyć na to, że kryzys samym przycichnie, a następnie wygaśnie. Warto pamiętać, że reprezentacja sklepów Dino w największych miastach jest minimalna, a to właśnie w większych ośrodkach miejskich jest większa szansa na znalezienie nowej pracy.
W dodatku klienci (potencjalni sojusznicy pracowników Dino) na terenach wiejskich są mniej wyczuleni na punkcie warunków pracy, chcą po prostu zrobić tańsze zakupy w "przyzwoitym" pod względem oferty supermarkecie. To także ogranicza możliwości związkowców w wywieraniu skuteczniej presji na zarząd Dino. Po prostu "wiejscy" klienci nie mają dobrej alternatywy na zakupy.
Strajk pracowniczy - tak jak zakładaliśmy w naszych prognozach - miał niewielki zasięg (związkowcy twierdzą, że pracodawca groził uczestnikom strajku konsekwencjami, w tym zwolnieniem z pracy i utratą pensji oraz premii; nie udało nam się zweryfikować w pełni tych informacji). Tym samym raczej nie przełoży się na zmianę stanowiska zarządu, zaś postulaty pracowników (m.in. podwyżka płac, fundusz świadczeń socjalnych) nie zostaną zrealizowane, a już zwłaszcza w pełni.
Być może w perspektywie kilku kolejnych miesięcy firma zacznie wprowadzać delikatne zmiany, ale jeśli faktycznie ma taki plan, to raczej nie chciałaby robić tego pod presją związkowców.
Zarząd Dino może "wygrać" ze związkowcami obecną potyczkę, ale w perspektywie długoterminowej firma raczej nie będzie miała wyboru. Będzie musiała zmienić kulturę pracy i zarządzania personelem. Będzie to przypadek podobny do Biedronki, która na pierwszym etapie rozwoju miała duże problemy w tym obszarze - warto przypomnieć słynne "pampersy", które zakładali kasjerzy do pracy (nie było to powszechne, ale takie sytuacje się zdarzały). Dzisiaj tak barbarzyńskich praktyk nie ma, ale Dino - znane z robienia mrożonek z pracowników - także będzie musiało się ucywilizować.

